Uległam w tempie godnym zupki błyskawicznej
Trujący Bluszcz,  Wattpad

TB — 003. Na samym dnie rynsztoku

Ze spaceru wróciłam kilkadziesiąt minut później. Było mi zimno w stopy, bo moje buty przemokły. Impreza trwała w najlepsze, więc skorzystałam z okazji i usiadłam przy ognisku. Zsunęłam trampki z nóg i ułożyłam je tak, żeby trochę wyschły. 

Nie zwracałam uwagi na otoczenie. Namierzyłam jedynie chłopaków, a kiedy upewniłam się, że nadal świetnie się bawili, westchnęłam z rezygnacją i zapatrzyłam się w ogień. 

Po plaży poniósł się śmiech od strony sekcji VIP.

Czy to nie zabawne? Publiczna plaża, szkolna impreza, a członkowie mafii i tak mieli swoją lożę. Nigdy nie zrozumiem reguł, którymi rządzi się świat.

Zerknęłam w tamtą stronę i poczułam coś ciężkiego w żołądku. Gabriel nadal był obecny, roześmiany i rozluźniony, jakby kilkadziesiąt minut wcześniej nic nie zrobił. Jakby nikogo nie całował i nie namieszał mu w głowie. Na jego kolanach ponownie siedziała ta sama dziewczyna.

Zrobiło mi się niedobrze.

Kutas z niego.

Miał dziewczynę, a molestował uczennice. Pewnie nie byłam jedyna. Skoro miał odwagę zniżyć się do mojego poziomu to było więcej niż pewne, że ładniejsze dziewczyny również znalazły się na jego celowniku.

Brzydziłam się tym, brzydziłam się nim i naszym pocałunkiem. Nie akceptowałam zdrady.

Ojciec zdradził mamę. Poniżył ją, upokorzył, bez żadnego konkretnego powodu. Nie dała mu żadnych podstaw, żeby ją tak znieważyć. Zawsze była kochającą żoną i matką, w pełni oddaną rodzinie. Porzuciła pracę i rozwój osobisty, żeby dbać o ognisko domowe. I co dostała w zamian? Kilka epitetów, których nie warto cytować i rachunki, na które musiała zarabiać na dwóch etatach.

— Poison Ivy, nie truj, idź do domu — Usłyszałam nad głową.

Nade mną stała nowa kapitan drużyny cheerleaderek. Przymierzała się do tego tytułu od zeszłego roku. Madison nie miała wyjścia, musiała ją mianować, bo Cassandra była najlepsza. Do tego była klasyczną stereotypową zołzą. Nic jej nie zrobiłam, niczym jej nie podpadłam, a i tak mnie gnębiła.

— Niedługo — odburknęłam.

— Co ty tam mamroczesz? — Kopnęła w mojego buta, który znalazł się niebezpiecznie blisko ognia. 

W ostatniej chwili złapałam trampki i ścisnęłam je w ręku. Wstałam, żeby mniej więcej wyrównać poziom. W oczach różowych koleżanek i tak byłam trzy piętra niżej, na samym dnie rynsztoku. Z rozbitej rodziny, ubrana na czarno, bez koleżanek, niezbyt zamożna. Teraz nawet nie mogłam powiedzieć, że mam samochód, bo Honda postanowiła odejść za motoryzacyjny tęczowy most.

— Powiedziałam, że niedługo sobie pójdę — Zmrużyłam oczy, nie będąc w nastroju na dyplomatyczne rozwiązania. — Znajdź sobie inne ognisko to nie będziesz musiała na mnie patrzeć.

Ludzie wokół zaczęli zwracać na nas uwagę. Czułam się niepewnie i niekomfortowo. W pobliżu nie było nikogo, kto by się za mną wstawił. Chłopcy byli daleko, tańcząc do głośnej muzyki. Byłam skazana na siebie.

— Coś ty powiedziała? — syknęła Cassie.

Otworzyłam usta, żeby powtórzyć, co nie było zbyt błyskotliwym rozwiązaniem, ale nie zdążyłam nic powiedzieć, kiedy dziewczyna podeszła i popchnęła mnie z całej siły. Nie spodziewałam się tego, więc runęłam do tyłu. Buty wypadły mi z ręki, jeden wylądował w ognisku. Nikt nie rzucił się, żeby go wyciągnąć. Ludzie stali wokół, zaśmiewając się do rozpuku. Poczułam wściekłość, żal i obezwładniającą bezradność. Nie było nic, co mogłam zrobić, żeby się obronić. Sama przeciwko całemu światu. To nie był uczciwy rozkład sił.

Czułam, że zaraz wybuchnę płaczem, co ostatecznie przypieczętuje mój los ofiary. Jakby moje upokorzenie nie było wystarczające, po chwili usłyszałam znajomy głos:

— Co tu się dzieje?

Tłum zamilkł. Cassie, nie tracąc pewności siebie, wystąpiła do przodu. Usiadłam i otrzepałam ubranie, nie unosząc wzroku. Bałam się, że nie okiełznam emocji, a nie mogłam pozwolić sobie na słabość.

— Och, Gabriel. Nic się nie dzieje. Ivy i ja gramy w taką grę.

Cisza, jaka zapadła po jej słowach, była tak przytłaczająca, że zakłócało ją jedynie skwierczenie ognia na powierzchni drewna.

— Masz mnie, kurwa, za idiotę? — syknął Gabriel.

Przymknęłam oczy. Nie chciałam i nie potrzebowałam jego wstawiennictwa. Mógł mi tym narobić więcej kłopotów niż już miałam.

Cassie milczała, najpewniej zaskoczona takim obrotem sytuacji. Zrobiłam jedyną rzecz, która przyszła mi do głowy. Wstałam, otrzepałam spodnie i zwróciłam się w stronę buzującego złością Gabriela. Wzruszyłaby mnie jego troska, gdyby sam nie był dupkiem — dupkiem, któremu uległam w tempie godnym zupki błyskawicznej, przez co moja złość miała podwójną siłę rażenia. Poza tym uważałam, że jak na nauczyciela odezwał się bardzo mało profesjonalnie. I hej, ostatecznie był gwiazdą. Gdyby ktoś się uparł i wrzucił do sieci filmik z imprezy, jego specjalista od PR-u miałby co robić.

— Cassie ma rację — powiedziałam z całym przekonaniem, na jakie było mnie stać — To tylko gra.

Usłyszałam jak tłum zbiorowo wciągnął powietrze. Nikt się nie spodziewał, że stanę w obronie mojej prześladowczyni. Swoją reakcją spalili mój fortel. Mimo to trzymałam głowę wysoko. Nie robiłam tego dla Cassie. Robiłam to dla siebie. Nie chciałam, żeby Gabriel się wtrącał.

Po jego minie widziałam, że nie uwierzył.

— I z tej okazji spaliła ci buta?

Zacisnęłam szczękę i pięści, i nie odpowiedziałam. Co miałam powiedzieć? Czy on naprawdę nie rozumiał sytuacji, w której się znalazłam? Nie widział, że mógł ją pogorszyć? Nie widział, że zaczynało brakować mi hartu ducha? Nie było mnie stać na kolejne sensowne zdanie.

— To był wypadek — wtrąciła Cassie. — Odkupię jej te buty.

Nowe Conversy dostałam wraz z resztą stroju od Willa, który już pędził w naszą stronę. Wyglądał jakby w jednej chwili wytrzeźwiał. Poczułam tak wielką ulgę, że myślałam, że upadnę.

— Nie trzeba — mruknęłam i wrzuciłam drugiego buta do ogniska. — I tak mi się nie podobały. 

Will przedarł się przez tłum, podbiegł do mnie i zamknął w ramionach. Oparłam czoło o jego klatkę piersiową i przymknęłam oczy. Czułam, że mój przyjaciel rozgląda się dookoła. Cały się trząsł.

— Co tu się dzieje? — warknął.

— Och, Will. Naprawdę nie chciałam. To był wypadek. Przekomarzałam się z Ivy i wtedy ten nieszczęsny but wpadł do ogniska. Odkupię je i…

Wtedy spłynęło na mnie olśnienie. Odchyliłam głowę ze zdziwieniem patrząc na paplającą Cassie, potem na Willa i znowu na Cassie. Powoli do mnie docierało, że jej nienawiść względem mojej osoby wynikała z zauroczenia Willem. 

Ona bujała się w Willu! 

Gdybym żywiła wobec niej jakiekolwiek ciepłe uczucia, byłoby mi jej szkoda. Tak bardzo nie trafiła z ulokowaniem uczuć, że już bardziej spudłować nie mogła. Chyba, że miała penisa, ale nic na to nie wskazywało.

Cassie wciąż paplała, co dało mi chwilę na sprawdzenie otoczenia. Gabriel nadal stał blisko, wyprostowany jak struna, z zaciśniętą szczęką obserwując Willa i mnie. Kiedy na niego spojrzałam, odchylił głowę jakby rzucał mi wyzwanie. To było dziwne i postanowiłam nie reagować.

Tuż za nim stał Samuel Weston, obejmujący Avę. Po raz pierwszy od dawna widziałam na jej twarzy jakieś emocje. Była poruszona, a jej złość była wycelowana w Cassie. Zrobiło mi się miło. Nie powinno mnie to cieszyć, a jednak w jakiś chory sposób ucieszyło. Czy to oznaczało, że byłam złym człowiekiem?

Weston wyglądał na znudzonego, chociaż nie dało się nie zauważyć, że patrzył na mnie z ciekawością. Przenosił wzrok z Gabriela na mnie, i z powrotem. Miałam nadzieję, że nie wyciągnął żadnych wniosków. Każdy z nich mijał się z prawdą.

Dziewczyna, która siedziała na kolanach Gabriela, zniknęła. Może to i dobrze, nie potrzebowałam dodatkowej publiczności, skoro i tak oglądała mnie cała szkoła.

— Zamknij się, błagam — jęknął Will, w jednej chwili uciszając Cassie. — Jeszcze minuta tego pierdolenia i rozsadzi mi łeb.

Byłam zszokowana zachowaniem przyjaciela. Mogłam to zwalić na alkohol i tak zamierzałam zrobić. Will nie bywał wulgarny względem dziewczyn. Teraz jednak nie łyknął kłamstwa Cassie i dawał wyraz swojej pogardzie.

Pociągnęłam za jego koszulkę, żeby na mnie spojrzał. Jego wzrok momentalnie złagodniał.

— Możemy jechać do domu?

Uśmiechnął się delikatnie.

— No pewnie, mała.

Wziął mnie na barana, świadomy, że nie miałam butów. Nie potknął się ani nie zachwiał, wzbudzając mój cichy podziw. Widziałam, że dużo pił, a teraz nie było po tym śladu.

Tłum się rozstąpił, robiąc nam miejsce. Wtuliłam się w plecy przyjaciela, oparłam głowę i przymknęłam oczy. Zac i Martin szli z boku, zgodnie milcząc. Czułam na sobie wzrok kilkudziesięciu par oczu. Miałam poczucie porażki, które towarzyszyło mi zdecydowanie za często.

— Miałeś rację, Will. Ta impreza to był sztos.

Nie odpowiedział, ale poczułam, że mocniej napiął mięśnie. Nie chciałam, żeby miał poczucie winy, ale byłam przekonana, że to właśnie nim targało. To on ostatecznie namówił mnie na imprezę, a potem poszedł się bawić. I przecież o to chodziło, prawda? Imprezy są po to, żeby się bawić. Jestem dorosła i powinnam umieć o siebie zadbać. Nie potrzebowałam niańki. Ja po prostu tutaj nie pasowałam.

♠♠♠

Całą niedzielę przeleżałam pod kocem. Chłopcy chcieli wyciągnąć mnie na miasto, ale nie miałam nastroju. Świadomie pogrążałam się w zadumie. Analizowałam każdą minutę moich kilku spotkań z Gabrielem de Andą, po to tylko, żeby nie dojść do żadnych wniosków. Udało mi się jedynie podjąć decyzję, że nie zjawię się przed treningiem. Niech sobie znajdzie inną asystentkę.

Właśnie uzupełniałam testy językowe w aplikacji na telefonie, kiedy mama zapukała do mojego pokoju. Od rana rzucała mi niepewne spojrzenia, ale nie zadawała pytań. Byłam jej wdzięczna za przestrzeń, którą mi dała. Wiedziała, że jeśli poczuję potrzebę to do niej pójdę i porozmawiamy. Ale na to było za wcześnie. Nie byłam pewna, czy kiedykolwiek odważę się przyznać do mojej sytuacji z Gabrielem. To było upokarzające i bardzo intymne.

— Jakiś chłopiec do ciebie przyszedł.

Zmarszczyłam brwi, nie mając bladego pojęcia, kto to mógł być. Na pewno żaden z moich przyjaciół, bo oni wchodzili do tego domu jak do siebie, a na moją mamę mówili „ciocia”.

— Przedstawił się?

Mama przecząco pokręciła głową.

— Ale przyprowadził twoje auto.

Powiedziałam mamie, że Honda znowu nawaliła. Przejęła się i chciała pomóc, ale powiedziałam, że już sobie poradziłam. Gdyby wiedziała, kto tak naprawdę wszystkim się zajął, nie byłaby zadowolona.

Usiadłam gwałtownie na łóżku, w jednej chwili całkowicie pobudzona. To nie mógł być Gabriel, bo mama nie nazwałaby go chłopcem. Został więc tylko…

— Jordan — wyszeptałam z paniką w głosie.

— Wszystko w porządku? — Mama wyglądała na zaniepokojoną. — Zbladłaś.

Byłam świadoma, że mama mnie obserwowała, więc zmusiłam się do uśmiechu. Pokiwałam głową na znak, że jest okej, chociaż wcale okej nie było. Kiedy zostałam sama w pokoju, rzuciłam okiem w stronę lustra. Byłam bez makijażu, miałam rozpuszczone włosy i ubrałam się w onesie-pandę. Mój wygląd był idealnym podkreśleniem mojej nędznej egzystencji. Nie było czasu na przebieranki, więc poszłam tak jak stałam. Trudno, najwyżej Jordan przekaże Gabrielowi, że mam styl przedszkolaka z twarzą zombie. Już gorzej być nie mogło.

Dwie minuty później okazało się, że jednak mogło.

Jordan nie przyjechał sam. Ku mojemu wielkiemu zdziwieniu i jeszcze większej rozpaczy towarzyszył mu Samuel Weston we własnej osobie. Nie sądziłam, że stara Honda Civic potrzebowała aż takiej obstawy. Niemniej ich obecność utwierdziła mnie w przekonaniu, że Gabriel obracał się w niewłaściwym towarzystwie.

— Poison Ivy! — Jordan klasnął w ręce na mój widok. — Nareszcie jesteś!

Skrzywiłam się, słysząc przezwisko, którym się posłużył.

— Cześć — odpowiedziałam niepewnie.

Jordan nie przestawał się uśmiechać, co było mocno niepokojące. Sprawiał wrażenie odrobinę szalonego. Zachodziłam w głowę jak ktoś tak delikatny i stonowany jak Ofelia mógł się z nim dogadywać.

— Gabriel powiedział, że podobno mnie nie znasz — Jordan nadąsał się sztucznie. — Złamałaś mi tym serce.

Nie wiedziałam, co na to odpowiedzieć. Przygryzłam nerwowo wargę.

— J., do rzeczy — rzucił znudzonym tonem Weston.

— Co ty tu robisz? — zapytałam zanim zdążyłam się powstrzymać.

Jak rany, Ivy! Weź sobie jednak odgryź ten język! Najwyraźniej nad nim nie panujesz!

Samuel Weston oparł się nonszalancko o futrynę i z pełnym wyższości uśmiechem zmierzył mnie przeciągłym spojrzeniem. 

— Badam teren.

Przełknęłam nerwowo ślinę. Nie próbowałam dopytywać, co miał na myśli. W ogóle nie powinnam go zaczepiać, ale to było silniejsze ode mnie. Czasami naprawdę nie umiałam zapanować nad ciekawością.

— Co z moim autem? — zwróciłam się do Jordana.

Z przesadną emfazą ukłonił się przede mną i wskazał na podjazd. Moja biedna Hondzina nie wyglądała tak źle. Ktoś ją umył i wypolerował. W środku pewnie nadal był burdel, ale hej, nie można mieć wszystkiego.

— Jak nowa z salonu — Jordan pokazał zęby w uśmiechu.

Wyciągnęłam rękę po kluczyki, które ochoczo mi podał. Nie zamierzałam sprawdzać stanu technicznego auta, bo i tak się na tym nie znałam.

— Ile jestem wam winna?

Oto chwila prawdy. Od ich odpowiedzi zależało, czy pojadę na festiwal. Jeśli naprawa Civica pochłonęła całe moje oszczędności, będę musiała pożegnać się z marzeniami.

— Trzy tysiące — odparł spokojnie Samuel.

Wytrzeszczyłam oczy, nawet nie próbując zachować godności. To był koniec. Nie miałam takiej kwoty. Wiedziałam, że będę musiała zapożyczyć się u mamy i Willa, i czułam się z tym podle.

Zanim zdążyłam odpowiedzieć, chłopcy wybuchnęli śmiechem. Nie wiedziałam, o co im chodziło.

— Twoja mina — Śmiał się Jordan. — Bezcenna.

Pierwszy raz widziałam rozbawionego Samuela Westona. Fakt, że w ogóle się nie krępował, był zaskakujący. Z mojej perspektywy wyglądało to tak jakby zamienił się z Avą cechami charakteru. On zrobił się bardziej ludzki, ona bardziej potworna.

— Nie martw się o zapłatę — powiedział po chwili Weston. — Gabriel się tym zajął.

Zmrużyłam oczy, nagle mocno niezadowolona z rozwoju sytuacji. Mogłam zdzierżyć, że się ze mnie nabijali, ale nie akceptowałam takich zagrywek.

— Nie rozumiem.

— A czego tu nie rozumieć? — Jordan przekrzywił głowę. — Gabe sponsoruje naprawę. Nic nie płacisz.

Okej, to było dziwne. Znałam człowieka dwa dni, a on postanowił zapłacić za naprawę mojego samochodu. To nie było normalne.

— Pytam poważnie — mruknęłam. — Ile mam zapłacić?

Samuel przewrócił oczami.

— Już powiedziałem, a nie lubię się powtarzać. Sprawa jest zamknięta.

Pokręciłam głową, nie godząc się na takie rozwiązanie.

— Nie chcę tak. Nie znam go i nie chcę jego pieniędzy. Nie chcę też długów wobec was. Zorganizuję kasę. Powiedzcie tylko, ile.

Weston patrzył na mnie w zdumieniu, aż w końcu uśmiechnął się szeroko. To był przyjemny widok. Wielka szkoda, że w szkole zawsze był dupkiem. Widocznie to sposób bycia ładnych chłopców. Gabriel podzielał ten styl.

— Nie dziwię się, że się tobą zainteresował — rzucił swobodnie. — Jesteś nieoczywista.

Teraz była moja kolej na przewrócenie oczami.

— I zadziorna — dodał wesoło Jordan. — Chociaż w szkole chyba sobie nie radzisz, co?

Zacisnęłam usta w wąską kreskę. Nie zamierzałam dyskutować z nimi o moim szkolnym życiu. Żaden z nich nie miał takich problemów, a teraz nie byli już nawet uczniami Jeffersona. 

— Możemy naprostować kilka osób, jeśli chcesz — W oczach Samuela pojawił się niebezpieczny błysk. Ktoś tu chyba tęsknił za rozlewem krwi.

— Nie. Dziękuję — zaprzeczyłam od razu. — Nie skorzystam z waszych… usług. 

Ponownie się zaśmiali. Byli w wyjątkowo dobrych nastrojach. Przez chwilę miałam obawy, czy nie byli naćpani, ale nie było sposobu, żeby to sprawdzić. Chciałam jak najszybciej zakończyć tę farsę, zamknąć się w domu i schować pod kocem.

— Dla ciebie, Ivy — Jordan nachylił się w moją stronę. — Zrobimy to pro bono.

Zanim odpowiedziałam, telefon Samuela zaczął dzwonić. Byłam wdzięczna za odwrócenie uwagi. Chłopak odszedł bez słowa, żeby odebrać połączenie. Jordan nadal stał koło mnie, uśmiechając się od ucha do ucha. Osoba stojąca z boku wzięłaby tę dwójkę za parę miłych, uczynnych chłopców. Nie wzbudzali strachu dopóki nie poznało się ich bliżej. A ja byłam zmuszona poznać ich aż za blisko. I to wszystko wina Gabriela.

— J., zmywamy się — zarządził Weston, po czym spojrzał na mnie. — Gabriel przypomina o jutrzejszym treningu.

W tym momencie zaschło mi w ustach. Mimo wszystko zdołałam wykrztusić:

— Nie będzie mnie.

Jordan zatrzymał się w pół kroku i zmarszczył brwi. Na jego twarzy nie było śladu wesołości.

— Miałaś być — powiedział powoli. — To twoje rozliczenie za Hondę.

Uniosłam odważnie głowę, chociaż czułam, że moje ręce się trzęsą.

— Znajdę inny sposób. Nie będę służącą Gabriela.

Weston zmrużył oczy, nagle niezadowolony. Nie chciałam go denerwować. Cholera, w ogóle nie chciałam mieć z nim nic wspólnego. Do głowy by mi nie przyszło, że to się zmieni przez osobę Gabriela de Anda.

— Rozumiem — powiedział po chwili i skinął na przyjaciela. — J., jedziemy.

Kiwnęli mi głową na pożegnanie i ruszyli w stronę swojego samochodu. Dopiero teraz zauważyłam masywne auto Westona. Wóz był na tyle charakterystyczny, że nie dało się go pominąć. A jednak mnie się to udało. Ignorancja level master.

Weszłam do domu, oparłam plecy o drzwi i westchnęłam ciężko. Cieszyłam się z odzyskania auta, chociaż kwestia rozliczenia naprawy pozostawała otwarta. Nie zamierzałam godzić się na żadną formę sponsoringu.

— Wszystko w porządku? — Mama wyjrzała z kuchni.

— Tak — Uśmiechnęłam się. — Wszystko okej.

♠♠♠

Im bliżej było poniedziałku, tym większe miałam wątpliwości.

Powinnam czy nie powinnam iść na ten pieprzony trening?

Nie miałam w tym czasie lekcji, powinnam spłacić dług za Hondę, nie chciałam być niesłowna.

Z drugiej strony musiałabym wcześniej wstać, nie godziłam się z podejmowaniem za mnie decyzji i w nosie miałam, czy Gabriel uzna mnie za niesłowną.

Nic mnie z nim nie łączyło. Musiałam tylko przetrwać lekcje wf-u.

— Ivy — Mama ponownie zapukała do moich drzwi. — Ktoś do ciebie.

Dopiero kiedy Gabriel wszedł do mojego pokoju, spostrzegłam podenerwowanie mamy. Usiadłam prosto, nie kryjąc zaskoczenia.

— Dziękuję, pani Fisher — de Anda uśmiechnął się rozbrajająco. — I jeszcze raz przepraszam za najście późną porą.

Odruchowo zerknęłam na zegarek. Dochodziła dwudziesta pierwsza. To nie była godzina na przyjmowanie gości. A już na pewno nie takich gości.

Mama uśmiechnęła się słabo, rzuciła mi niepewne spojrzenie i z cichym kliknięciem zamknęła drzwi. Słyszałam, że poszła do swojego pokoju, co oznaczało, że szykowała się do snu. Ufała mi. Nawet obecność dorosłego mężczyzny w niedzielę wieczorem, w moim pokoju, nie mogła podważyć jej zaufania.

Wstałam powoli i skrzyżowałam ramiona na piersi. Byłam świadoma swojego wyglądu i nic mnie to nie obchodziło. Nie przejmowałam się również rozgardiaszem w pokoju. Byłam nastolatką, a to była moja oaza. Mogłabym tu wstawić nawet kibel, nikomu nic do tego.

— Co pan tu robi? — zapytałam ostrzej niż planowałam.

Gabriel rozejrzał się po wnętrzu, po czym przeniósł wzrok na mnie. Stałam niewzruszona, chociaż kosztowało mnie to sporo wysiłku.

— Samuel powiedział, że zrezygnowałaś z treningu.

Skinęłam sztywno głową, nie chcąc okazać strachu. Byłam na wygranej pozycji. Nikt nie mógł mnie do niczego zmusić.

— Mieliśmy umowę — Nieznacznie przechylił głowę.

Dumnie uniosłam podbródek.

— Wiem, ale przemyślałam to i zmieniłam zdanie.

Przez chwilę mierzył mnie uważnym spojrzeniem, po czym pokiwał nieznacznie głową.

— Rozumiem…

— Spłacę dług za Hondę.

Gabriel machnął lekceważąco ręką. Obserwowałam go, kiedy kręcił się po pokoju, przystając w niektórych miejscach. Zwiedzał moje prywatne kąty, co było nieco krępujące. W końcu ciężko usiadł przy biurku.

— Źle zaczęliśmy, Fisher.

Przestąpiłam z nogi na nogę, czekając na rozwinięcie tej wypowiedzi. Gabriel spojrzał na mnie i uśmiechnął się niemrawo.

— Czy moglibyśmy spróbować od początku?

To było nieoczekiwane, ale — musiałam przyznać — mocno pożądane. Męczyłam się z wymyślaniem jak przeżyję najbliższe miesiące w towarzystwie nowego nauczyciela wf-u. Tymczasem on był tutaj, w moim pokoju, i proponował rozejm. 

— Jak pan to sobie wyobraża? — zapytałam spokojnie.

Gabriel skrzywił się nieznacznie, słysząc, że nie porzuciłam oficjalnego tonu. Wstał, podszedł do mnie i wyciągnął rękę.

— Gabriel de Anda, zawodowy gracz NFL, absolwent Jeffersona i twój tymczasowy nauczyciel wf-u. Mów mi po imieniu, proszę.

Poczułam gęsią skórkę, ale odważnie podałam mu dłoń. Miał ciepłą i zadziwiająco delikatną skórę. Podejrzewałam, że gracze powinni mieć twarde i poranione ręce. Tak jednak nie było.

— Ivy Fisher, zwolniona z wf-u uczennica Jeffersona. Mów mi po imieniu, proszę.

Kiedy usłyszał, że go sparafrazowałam, jego uśmiech się poszerzył. Poważnie, miałam dość tego, że mówił do mnie po nazwisku.

Mogłabym dodać, że jestem wokalistką we własnym zespole rockowym, ale nie ufałam mu na tyle, żeby ze wszystkiego się zwierzać. Mieliśmy zakopać topór wojenny, a nie zostawać przyjaciółmi.

— Więc… Ivy… Czy pomożesz mi w treningach przed turniejem?

Nadal trzymał moją dłoń. Nie bardzo wiedziałam jak ją zabrać, żeby nie wyszło niegrzecznie.

— A co miałabym robić?

Wzruszył ramionami.

— Pilnować uczniów, przynosić sprzęty, robić raporty. Wytłumaczę ci w trakcie.

Zmrużyłam oczy.

— Czy w ten sposób spłacę Hondę?

Uśmiech Gabriela dosięgnął oczu.

— Tak.

Zastanawiałam się tylko przez chwilę.

— Niech będzie — uścisnęłam jego rękę, którą nadal mnie trzymał.

Spojrzał na nasze złączone dłonie, a przez jego twarz przeszedł cień. Uznałam, że to najbardziej odpowiedni moment, żeby się odsunąć. Wysunęłam dłoń z jego uścisku i uśmiechnęłam się niemrawo.

— Czy to wszystko? — zapytałam uprzejmie.

Podrapał się nerwowo po głowie i uśmiechnął nieznacznie.

— Tak. Będę już jechał.

Odprowadziłam go na sam dół. Moja mama już spała. Następnego dnia zaczynała kolejny dwudziestoczterogodzinny dyżur.

— Dobranoc, Ivy.

— Dobranoc — Uśmiechnęłam się.

Kiedy Gabriel był w połowie ścieżki, prowadzącej na podjazd, zdałam sobie sprawę, że nie wyjaśniłam jeszcze jednej kwestii.

— Gabriel! — zawołałam.

Zatrzymał się i spojrzał pytającym wzrokiem.

— Czy możemy zapomnieć… — Czułam zdradliwy rumieniec na policzkach i cieszyłam się, że było ciemno. — Czy w ramach zaczynania od nowa możemy ustalić, że nie będzie… no wiesz… żadnego całowania?

Byłam pewna, że to pytanie zabrzmiało żałośnie śmiesznie, ale Gabriel nie wyglądał na rozbawionego. Sprawiał raczej wrażenie zdeterminowanego. W kilku szybkich krokach znalazł się z powrotem przy mnie i bez ostrzeżenia wpił w moje usta. Byłam tak zaskoczona, że zamiast go odepchnąć, odruchowo odpowiedziałam na pocałunek. Jęknął i przyciągnął mnie mocniej do siebie. Całował mnie do momentu, w którym skończyło nam się powietrze i musiał przerwać, żebyśmy mogli złapać oddech. Z tego wszystkiego kręciło mi się w głowie. Gabe oparł swoje czoło o moje i spojrzał mi prosto w oczy.

— Teraz już tak — wychrypiał.

Nie dał mi szansy dodać nic więcej. Odwrócił się, przeszedł przez podjazd i wskoczył do auta, po czym odjechał, nie posyłając w moją stronę choćby krótkiego spojrzenia.