Igranie z ogniem
Trujący Bluszcz,  Wattpad

TB — 002. Igranie z ogniem

Reszta dnia płynęła względnie spokojnie. Nie musiałam odpowiadać na głupie pytania, nikt mnie nie zaczepiał, nie szukał dziury w całym i w ogóle nie zauważał mojego istnienia. Chłopcy dopadli mnie na jednej z przerw, żeby obwieścić, iż zgłosili nasz zespół do udziału w dużym festiwalu. Byłam przerażona i podekscytowana jednocześnie. Mieliśmy dużo czasu na przygotowania, ale i tak bałam się, że coś się nie uda. Miałam tendencję do pesymizmu.

— Widziałaś nowego trenera? — wymruczał Will, kiedy Zac i Martin poszli na swoje lekcje.

Przewróciłam oczami i poprawiłam ucho od torby. Dwie dziewczyny z mojej klasy minęły nas na korytarzu, posyłając mi nienawistne spojrzenia. Patrzyły tak od chwili, w której zauważyły, że przez całą lekcję stałam przy boku nowego nauczyciela. Nie miały pojęcia, jak bardzo chciałam się wtedy z nimi zamienić. Wolałabym dwadzieścia kółek wokół boiska niż dziesięć minut w towarzystwie pana de Anda. Onieśmielał mnie, zawstydzał, przytłaczał i irytował w tym samym momencie.

— Niestety — odparłam z fałszywym entuzjazmem.

Will prychnął i objął mnie ramieniem.

— Jest uroczy. Sam seks. A te mięśnie. A ten tyłek…

— Will.

— Dla niego mógłbym być gejem.

Parsknęłam śmiechem i pokręciłam głową.

— Jesteś gejem.

Chłopak wzruszył ramionami.

— Fakt, ale dla niego mógłbym się ujawnić.

Otworzyłam usta, żeby odpowiedzieć. Nie zdążyłam.

— Fisher.

Stanęłam jak wryta, będąc przekonana, że się przesłyszałam. Bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że nowy obiekt westchnień naszego liceum i nauczyciel wf-u w jednym szedł szybkim krokiem przez korytarz, wbijając we mnie ostre spojrzenie? Aż tak zalazłam mu za skórę? Może nie śliniłam się na jego widok i nie uważałam za bardzo na słowa pana Rollsa, ale to jeszcze nie powód, żeby mnie prześladować. Oglądanie de Anda dwa razy w ciągu jednego dnia to przynajmniej o raz za dużo.

Ciało Willa stężało, ale nie zabrał ręki, którą mnie obejmował. Zatrzymaliśmy się zgodnie i czekaliśmy aż nauczyciel do nas dojdzie. Kiedy stanął przed nami, nie uszło mojej uwadze spojrzenie, które posłał Willowi. Było pełne rezerwy i przeobraziło się w niechęć, kiedy spostrzegł, że chłopak mnie przytula.

— Słucham? — zapytałam niepewnym tonem, za który miałam ochotę kopnąć się w kostkę.

Świdrujące oczy trenera ulokowały się na mojej twarzy. Mimowolnie przełknęłam ślinę.

— W poniedziałek bądź trzydzieści minut przed rozpoczęciem treningu. 

Otworzyłam usta w zdumieniu, nie wiedząc, co odpowiedzieć. Miałam wrażenie, że cokolwiek powiem, będzie nieodpowiednie.

— Ale w poniedziałek nie mamy zajęć…

Brew Gabriela uniosła się w jednoznacznym geście. Mógł nic nie mówić. Sama jego mina wyrażała coś w stylu: „No i co? Zamierzasz z tym dyskutować?”.

— Powiedziałem, że będziesz mi pomagać. Nie powiedziałem, że tylko na twoich zajęciach.

To mi się nie spodobało. Mogłam zrozumieć, że nie pochwalał zwolnienia z lekcji. Mogłam zrozumieć, że oczekiwał mojej asysty, skoro w jego mniemaniu i tak traciłam czas. Ale nie mogłam zrozumieć, jakim prawem dyktował mi, co mam robić w czasie wolnym od zajęć. To przekraczało jego kompetencje i moje granice cierpliwości.

— Nie mogę, proszę pana. Mam inne plany.

Bardzo powoli stanął prosto i skrzyżował ramiona na piersi. Czułam, że Will mocniej przyciska mnie do siebie. Byłam wdzięczna za okazane wsparcie, zwłaszcza, że gapie na korytarzu zignorowali dzwonek, który dzwonił jakieś trzy minuty wcześniej, obwieszczając koniec przerwy. Kilka osób patrzyło na nas z nieskrywanym zainteresowaniem.

Mimo wszystko dzielnie patrzyłam w oczy nauczyciela, nie chcąc okazać rezygnacji. Nie mogłam przegrać tego starcia. Nie miałam ani czasu, ani ochoty dobrowolnie asystować na lekcjach innych uczniów, bo czekał mnie konkurs talentów i festiwal. Chciałam skupić się tylko na tym i głęboko w nosie miałam turniej sportowy, na którym i tak miało mnie nie być. 

Gabriel również nie zamierzał odpuścić.

— Zmień plany. Turniej jest priorytetem dla szkoły. Potrzebna mi pomoc.

Pokręciłam głową, stawiając wszystko na jedną kartę.

— W tym czasie mam inne lekcje. Nie mogę nie iść na lekcje, bo nie dam rady nadrobić materiału.

Prawdę mówiąc nie miałam pojęcia, czy to prawda. Nie wiedziałam, o której miał odbyć się trening, ani czy w tym czasie będę miała inne zajęcia. Grunt, że żaden nauczyciel nie mógł namawiać ucznia do zerwania się z lekcji, żeby zaspokoić swoje „widzimisię”.

Mocno niezadowolony Gabriel odwrócił się i odszedł bez słowa. Można by pomyśleć, że po starszej osobie, piastującej określone stanowisko, oczekiwałoby się bardziej dojrzałych zachowań.

Kiedy tylko sylwetka nauczyciela zniknęła za zakrętem, pozwoliłam sobie głęboko odetchnąć. Pójście na lekcję i przepraszanie za spóźnienie nie z mojej winy było ostatnią rzeczą, na którą miałam ochotę. Will chyba czytał mi w myślach, bo zaciągnął mnie do pielęgniarki, u której naściemniał, że dostałam silnego bólu brzucha i dlatego nie dałam rady dotrzeć na zajęcia. Finalnie pielęgniarka napisała mi zwolnienie i miałam iść dopiero na następną lekcję. Will, jako opiekun, też dostał usprawiedliwienie.

— Idziemy na kawę?

Mieliśmy kilkunastominutowe okienko, więc z chęcią przytaknęłam na propozycję. Udaliśmy się do oddalonego o kilkaset metrów Starbucksa. Złożyliśmy zamówienie i przycupnęliśmy na murku.

— Krzywa akcja.

Zmarszczyłam się, doskonale wiedząc, co Will miał na myśli.

— No. Dziwny gość.

— O co mu chodziło?

— Nie wiem — Wzruszyłam ramionami. — Chyba mu podpadłam, bo zamiast się do niego wdzięczyć, zaśmiewałam się z waszej gleby na trybunach.

Will parsknął śmiechem i pokręcił głową. 

— Nadal twierdzę, że ma niezły tyłek.

Zaśmiałam się, nie mogąc się powstrzymać. Mój przyjaciel był niemożliwy.

♠♠♠

Stałam przy szafce, pakując do niej ostatnie książki. Piątek, koniec lekcji, wizja weekendu — czy mogło być coś piękniejszego?

— Ivy!

Usłyszałam krzyk w ostatniej chwili i nie zdążyłam odskoczyć. Zac uderzył we mnie z impetem, wgniatając mnie w szafkę.

— Kurwa mać! Zac! 

Przyjaciel odsunął się, sapiąc jak stara lokomotywa. Zrobiłby sobie przysługę, gdyby zrzucił kilka kilogramów. Istniała szansa, że wtedy dałby radę wyhamować na czas.

— Sorry.

— Nie sorruj mi tu teraz — warknęłam na niego, poprawiając włosy. — Zabiłeś moją śledzionę.

Chłopak przewrócił oczami, bagatelizując mój wybuch. Nienawidziłam, kiedy to robił. Zawsze twierdził, że miałam skłonność do wyolbrzymiania różnych kwestii.

— Dobrze, że nie wątrobę, bo przyda ci się jutro.

Zmarszczyłam brwi, nagle zainteresowana tym, co miał do powiedzenia. Nadal miałam minę jak chihuahua ze wścieklizną, ale nadstawiłam jedno ucho, żeby poznać szczegóły.

— Impreza na plaży — Zac spojrzał na mnie jak na idiotkę. — Mówi ci to coś?

Teraz była moja kolej na przewrócenie oczami. Myślałam, że chodziło o coś ciekawszego.

Szkolna impreza na plaży z okazji zakończenia wakacji i rozpoczęcia szkoły była tradycją. Rok temu nie poszłam i podobno nic nie straciłam, bo była tylko drama na linii Weston i Goldberg. W tym roku nie było nikogo, kto mógłby aż tak skupiać na sobie uwagę, więc istniała szansa, że będzie niezła zabawa. 

— Nie mam się w co ubrać — zauważyłam błyskotliwie.

Zac parsknął z niedowierzaniem. Wcale mnie to nie dziwiło, bo zwykle nie narzekałam na braki w garderobie. O ile nie czułam potrzeby bycia gwiazdą wieczoru, o tyle nie chciałam znowu dawać powodów do głupich uwag pod moim adresem. Skoro w końcu wybierałam się na szkolną imprezę, mogłam zmusić się do odrobiny wysiłku i wyglądać nieco inaczej niż zwykle.

Problem stanowił jedynie fakt, że nie lubiłam robić zakupów i unikałam tego jak ognia.

— Will przewidział, że to powiesz i kazał przekazać, że wpadnie po ciebie około dwudziestej.

Uniosłam brwi, nie kryjąc zaskoczenia.

— A po co?

Przyjaciel wzruszył ramionami.

— A bo ja wiem? Pewnie będziecie przymierzać fatałaszki. Will bywa czasem tendencyjnie gejowaty.

Bardzo się starałam, żeby mój wyraz twarzy nie uległ zmianie. Chłopcy z zespołu nie wiedzieli o orientacji Willa. Ja sama dowiedziałam się przez przypadek, kiedy to pijany chłopak wyznał mi z płaczem, że dłużej nie da rady dźwigać tej tajemnicy w pojedynkę. Paradoksalnie po tym wyznaniu pokochałam go jeszcze bardziej. Czułam się przy nim bezpieczna, mogłam być sobą, ufaliśmy sobie.

— Tak, pewnie tak.

Zac popatrzył na mnie spod oka, uważnie lustrując moją twarz. Udawałam, że tego nie dostrzegam i zajęłam się układaniem książek w szafce. Wszystko było gotowe, ale musiałam znaleźć zajęcie dla rąk, żeby nie okazać zdenerwowania.

— Ivy — zaczął Zac. — Ty wiesz, że ja wiem, prawda?

Zesztywniałam, ale zmusiłam się do uśmiechu i posłałam mu zdumione spojrzenie.

— Ale o czym?

Chłopak pokręcił głową i westchnął ciężko. Oparł się o stojącą z boku szafkę i nie odrywał ode mnie wzroku.

— O tym, że Will woli chłopców.

Poczułam zimno w żołądku. Starałam się przybrać niewinny wyraz twarzy, ale jeden rzut okiem na zrezygnowanego Zaca, powstrzymał mnie przed ciągnięciem tej farsy.

— Skąd? — zapytałam tylko.

— Nie jestem idiotą. Martin też się domyślił.

W jednej chwili poczułam niepewność. Nie mogłam przewidzieć, jakie będzie nastawienie chłopaków do Willa, kiedy oficjalnie potwierdzę jego orientację. To jest coś, co powinien zrobić on. Tymczasem spadło to na mnie i czułam się mocno niekompetentna.

— I co teraz? — zapytałam sztywno.

Zac parsknął, ale nie była to szczera reakcja. Wyglądał na przybitego i zniesmaczonego.

— A co ma być? Tak długo jak nie pcha nic w mój tyłek, wisi mi to, z kim idzie do łóżka.

Skrzywiłam się na te słowa, ale pojęłam intencję. Ojciec Zaca był zawodowym żołnierzem. Od małego wpajał mu zasady, które w nowoczesnym społeczeństwie uchodziły za mocno konserwatywne. Między innymi z tego powodu Will zdecydował, że o niczym nie powie chłopakom. Czuł się źle z tym, że ich wykluczył, ale bał się stracić ich przyjaźń. Rozumiałam go i nie mogłam winić za podjęcie takiej decyzji.

— A Martin?

Tym razem Zac zaśmiał się bardziej szczerze.

— Znasz go. Powiedział, że gdyby on też był gejem, to puknąłby Willa przy pierwszej okazji.

Ukryłam twarz w dłoniach i zachichotałam. Poczułam jakby ktoś zdjął mi z barków ogromny ciężar. Cieszyłam się, że już nie było żadnych tajemnic pomiędzy moimi przyjaciółmi. Mogliśmy na siebie liczyć. Nie chciałam barier między nami. Niby każdy miał prawo do prywatności, ale przez tajemnicę Willa, poruszanie niektórych tematów było niewygodne i sztuczne.

Jakiś czas później ruszyłam w stronę mojej wiekowej Hondy. Przeszłam przez parking, nucąc pod nosem jedną z naszych piosenek. Nie zwracałam uwagi na otoczenie, tak już miałam. To nie było celowe działanie. Nie czerpałam z tego żadnej satysfakcji, że o, taka jestem zbuntowana i wszystkich mam w nosie. Po prostu robiłam swoje, żyłam po swojemu, interesowałam się tylko tym, co uważałam za istotne. 

Wsiadłam do samochodu, przekręciłam kluczyk i… nic. Silnik zakręcił, zakasłał i zdechł. 

— No kurwa żart — mruknęłam pod nosem.

Hondzie jednak nie było do śmiechu. Kilkukrotne molestowanie rozrusznika skończyło się sromotną klęską. Zrezygnowana oparłam czoło o kierownicę i wypuściłam wiązankę przekleństw. Na moim aucie nie zrobiło to żadnego wrażenia. Civic był trup i koniec. Wizja wydania oszczędności na kolejną naprawę przyprawiała mnie o mdłości. Miałam przed sobą konkurs i festiwal. Nie mogłam przesiąść się do komunikacji, to w ogóle nie wchodziło w rachubę.

Byłam w połowie lamentowania nad parszywym losem, kiedy ktoś zapukał w okno od strony kierowcy. Podskoczyłam, nie spodziewając się gwałtownego dźwięku. Zerknęłam w stronę intruza i nie udało mi się powstrzymać jęku rezygnacji. 

Gabriel de Anda nachylał się przy mojej rozsypującej się Hondzie, mając na twarzy ten pewny siebie uśmiech. Nie rozumiałam jego zainteresowania moją osobą, ani tym bardziej zmienności jego nastrojów. No bo hej, mnie się nie zauważa. Żyję sobie w swoim świecie, mijam ludzi, oni mijają mnie, to od zawsze tak działa. Taki facet jak de Anda nie powinien tracić na mnie czasu. I zawstydzać stojącym za nim Range Roverem. 

Kiedy nie wykonałam żadnego ruchu, żeby nawiązać kontakt, brew Gabriela powędrowała sugestywnie do góry. Poczułam rumieńce na policzkach i nacisnęłam klamkę. Musiałam otworzyć drzwi, bo elektryczne szyby nie działały, skoro auto padło. Nie, żebym chciała z kimkolwiek teraz rozmawiać. Jednak, bądź co bądź, stojący obok mężczyzna był moim nauczycielem i należało mu się chociaż trochę szacunku.

Niechętnie wysiadłam z samochodu i objęłam się ramionami. Starałam się zachować spokój, chociaż nie było to łatwe.

— Jakiś problem, Fisher? — Gabriel skrzyżował ramiona na piersi i patrzył na mnie z góry, całkowicie świadomy stanu, w który mnie wpędzał.

Żenadą roku było googlowanie, czy dobrze całuje i bycie przyłapaną na tym fakcie. Sprawy nie ułatwiało wymiganie się z roli asystentki. Miałam wrażenie, że każde moje spotkanie z tym człowiekiem stało pod znakiem wstydu i zażenowania.

— Drobne problemy techniczne — odparłam niemrawo. — Poradzę sobie.

W odpowiedzi usłyszałam prychnięcie. Zaskoczona i odrobinę urażona spojrzałam na rozbawionego mężczyznę. Ile on miał lat, żeby tak się zachowywać?

— Właśnie widzę.

Zacisnęłam usta w cienką linię.

— Dziękuję za zainteresowanie, ale dam sobie radę, proszę pana.

Uśmiech Gabriela nieco zbladł. Na jego czole pojawiła się zmarszczka. Przez bardzo krótką chwilę chciałam wiedzieć, co też urodziło się w jego głowie i dlaczego nie dawał mi spokoju.

— Już mówiłem, żebyś zwracała się do mnie po imieniu.

Przestąpiłam z nogi na nogę i nerwowo potarłam ramiona.

— Wolałabym nie.

— A ja wolałbym tak.

Zamilkłam, nie wiedząc, co jeszcze mogłabym dodać. Mężczyzna westchnął i podszedł do frontu mojego auta.

— Otwórz maskę.

Zmarszczyłam brwi, zaskoczona nagłą zmianą tematu.

— Po co? — zapytałam głupio.

Widziałam, że Gabriel zaczynał tracić cierpliwość.

— Chcę obejrzeć silnik, Fisher. Po co innego?

Zawstydzona sięgnęłam do wnętrza auta i pociągnęłam za odpowiednią rączkę. Gabriel sięgnął do blokady i już po chwili maska bezpiecznie wisiała w górze.

Borze liściasty, nawet w mojej własnej głowie byłam beznadziejna. Gdyby ktoś kazał mi profesjonalnie określić proces otwierania maski, poległabym na całej linii. „Maska wisiała w górze”, serio? A gdzie miała wisieć? Z boku?

Mentalny facepalm numer „milionstotysięcystraciłamrachubęktóry”.

— Co pan robi? — Kolejne błyskotliwe pytanie.

Usłyszałam prychnięcie.

— Podziwiam kunszt japońskiej motoryzacji.

Okej, mogłam na to przystać. Na głupie pytania dostaje się głupie odpowiedzi. Nie mogłam pomóc, więc stałam jak ta sierota, obserwując jak zgrabne dłonie nauczyciela przesuwały się po kolejnych elementach silnika. Pobrudził ręce, ale zdawał się tym nie przejmować. Rozejrzałam się dookoła, przerażona nagłą myślą, że ktoś nas zauważy, ale na parkingu nikogo nie było.

Dzięki ci, Panie. Więcej wstydu bym nie zniosła.

— Tutaj nic nie zdziałam. Trzeba ją zabrać na warsztat — Usłyszałam po chwili krępującej ciszy.

Przygryzłam wargę i pokiwałam głową. Spodziewałam się tego, ale wypowiedzenie tej myśli na głos czyniło ją boleśnie autentyczną. 

— Tak czy inaczej, dziękuję za pomoc — powiedziałam cicho.

Gabriel popatrzył na mnie spod zmarszczonych brwi. Wyglądało na to, że się nad czymś zastanawiał. Odsunęłam się od niego i nachyliłam się do auta, żeby sięgnąć po komórkę. Nie dość, że musiałam zapłacić za naprawę, to jeszcze trzeba było zorganizować pomoc drogową. Przyrzekłam sobie, że nigdy więcej nie zapytam, czy może być coś piękniejszego niż piątek i początek weekendu. Otóż może być: sprawny samochód. 

I milion dolarów na koncie.

— Co robisz?

Uniosłam wzrok i zobaczyłam, że nauczyciel wyciera ręce w jakąś szmatkę, którą wyciągnął ze swojego samochodu.

— Szukam numeru do pomocy drogowej.

— Po co? — Miałam wrażenie, że zaczynaliśmy drugą rundę głupich pytań.

Odchrząknęłam, starając się nie zabrzmieć niegrzecznie.

— Żeby zabrać auto do mechanika, proszę pana. Po co innego?

Kiedy spojrzał na mnie z rozbawieniem i naganą w oczach, zdałam sobie sprawę, że mimowolnie zacytowałam jego wypowiedź. Moje oczy rozszerzyły się w panice, na co na twarzy Gabriela pojawił się szczery uśmiech. Na ten widok coś w moim brzuchu postanowiło zrobić fikołka. Ten facet miał naprawdę ładny uśmiech.

— Mam na imię Gabriel, Fisher. Już to ustaliliśmy.

— Ja mam na imię Ivy, a mimo to mówi pan do mnie po nazwisku — Odbiłam piłeczkę.

Rozbawienie nie znikało z jego twarzy. Cóż, to miłe, że potrafiłam wywołać czyjś uśmiech. Szkoda tylko, że kosztem mojej godności.

— Głównie dlatego, że Ivy to nie twoje imię.

W tym momencie przestałam udawać, że panuję nad reakcjami i nie kryłam zdumienia. Gabriel oparł się niedbale o swoje auto, zwiększając dystans między nami. Byłam mu za to wdzięczna, bo powoli zaczynało brakować mi powietrza. Przytłaczał mnie swoją aurą.

— To jest moje imię — powiedziałam powoli.

Pokręcił głową, nie przestając się uśmiechać.

— To jest skrót od imienia i dopóki nie poznam rozwinięcia, będę mówił do ciebie po nazwisku.

Wyjątkowo dziwny gość z tego de Anda. Miał osobliwe sposoby zawierania znajomości i prowadzenia rozmowy. Tak czy inaczej, nie zamierzałam ustąpić. Wzruszyłam ramionami.

— Trudno, proszę pana — zaakcentowałam ten zwrot. — Będę musiała z tym żyć.

Chyba się tego nie spodziewał, bo uśmiech odkleił się od jego twarzy i roztrzaskał o ziemię. Gdybyśmy byli w kreskówce, tak by to wyglądało. Dokładnie tak to widziałam.

Ponownie skupiłam wzrok na telefonie, nie dostrzegając nic z tego, co tam było. Czułam na sobie uważne spojrzenie nauczyciela i skutecznie mnie to rozpraszało. Zerknęłam na niego i ledwo powstrzymałam dreszcz, kiedy zdałam sobie sprawę, że patrzył z zaintrygowaniem i dumą. Były momenty, w których nie umiałam go rozszyfrować, a były też chwile takie jak ta, w których nie krył swoich emocji.

— Ile ma pan lat? — zapytałam zanim zdążyłam pomyśleć i przez chwilę miałam ochotę odgryźć sobie język.

Gabriel przechylił głowę na bok, nie odrywając ode mnie wzroku. Gorzej niż na prześwietleniu, jak słowo daję.

— Wujek Google ci nie powiedział?

Poczułam, że znowu się rumienię. Powiedział, czy dobrze całuje, ale wieku nie zdążyłam sprawdzić.

— Nie zdążył — wymamrotałam.

Na te słowa po parkingu przetoczył się śmiech Gabriela. To było zaraźliwe i dużo wysiłku kosztowało mnie powstrzymanie się przed podzieleniem jego reakcji.

— Jesteś urocza.

To nie była odpowiedź na moje pytanie. Natomiast bez problemu sprawił, że jeszcze mocniej spłonęłam rumieńcem. Nikt nigdy nie powiedział, że jestem urocza. Zdarzyło się usłyszeć „toksyczna” czy „upokarzająca”, ale „urocza” było totalnie nowe. Gdzieś w głębi duszy musiałam przyznać, że zrobiło mi się miło.

— Dwadzieścia sześć, Fisher. I odłóż już ten telefon, bo i tak niczego nie znajdziesz.

Zacisnęłam zęby. O nie, nie zamierzałam poddać się tak łatwo. Chciałam tu stać i udawać, że właśnie znalazłam najlepszą lawetę w mieście, która przy akompaniamencie hymnów glorii i chwały zawiezie moją starą Hondę do nekromanty, bo zwykły mechanik już tego nie ogarnie.

Gabriel westchnął, poirytowany moim dziecinnym zachowaniem. Wyciągnął własną komórkę i po chwili nawiązał połączenie.

— Siema, J. Potrzebuję lawety na parking pod Jeffersonem — Kiedy to mówił, cały czas patrzył na mnie. Nie umiałam spuścić wzroku, więc prowadziliśmy mały sparing na spojrzenia. — Nie, Range ma się dobrze. Mam problem z Hondą Civic… Na wczoraj… Bardzo zabawne… Stoi. Tak, masz u mnie piwo… Mhm, bilety też. Nara, bracie.

W tym momencie moje skrępowanie osiągnęło apogeum. Kimkolwiek był człowiek po drugiej stronie telefonu, pan de Anda zobowiązał się mu odwdzięczyć. To z kolei oznaczało, że ja miałam dług wdzięczności wobec niego, czego nie chciałam i z czym musiałam sobie teraz poradzić. 

Zmarszczyłam brwi, czując rosnącą złość.

— Nie prosiłam o pomoc — powiedziałam powoli.

Brew Gabriela wystrzeliła do góry.

— Wystarczy „dziękuję” — odparł obojętnym tonem.

— Nie wystarczy — oznajmiłam stanowczo. — Zapłacę tej osobie, która zorganizuje lawetę. Nie lubię mieć długów wdzięczności.

Gabriel analizował przez moment moją postawę, po czym uśmiechnął się kątem ust.

— Obawiam się, że Jordan nie chce pieniędzy, a dług wdzięczności wobec niego może się różnie skończyć.

Zdębiałam. Już kiedyś słyszałam to imię i kojarzyłam je tylko z jedną osobą. Widywałam czasem Ofelię z równoległej klasy w jego towarzystwie, ale jakie były szanse, że to ten sam chłopak? W końcu to dość popularne imię. Miałam nadzieję, że to nie ta sama osoba, bo naprawdę nie chciałam mieć nic wspólnego z przyjacielem Westona.

— Jordan? — zapytałam szorstkim głosem, bo nagle zaschło mi w gardle.

Gabriel pokiwał głową, udając, że nie dostrzegł mojego zdenerwowania.

— Smith. Skończył szkołę przed wakacjami. Znasz go?

Westchnęłam ciężko, próbując opanować strach. 

— Nie — odpowiedziałam od razu. — Nie znam. 

Gabriel odsunął się od swojego auta i ruszył w stronę miejsca kierowcy. Usadowił się za kierownicą masywnego SUV-a i skinął na mnie ręką.

— Wsiadaj, odwiozę cię.

Jeszcze tego mi brakowało.

— Nie trzeba. Wrócę autobusem.

De Anda powoli tracił cierpliwość. Nie dziwiło mnie to, bo czasu też stracił wystarczająco dużo. Tymczasem ja stroiłam fochy, co — w moim odczuciu — było całkowicie uzasadnione.

— Wsiadaj. Porozmawiamy o tym, jak spłacisz dług wdzięczności wobec mnie.

Otworzyłam usta, żeby odpowiedzieć, ale mnie zatkało. Ten facet był niemożliwy! Do tego bezczelny i absurdalnie pewny siebie! A najgorsze, że miał rację. Postawił mnie przed faktem dokonanym i teraz musiałam spłacić swój dług. Mogłabym to zignorować, jako że działał bez mojej zgody, ale należało spojrzeć prawdziwe w oczy: sama nie ogarnęłabym pomocy tak szybko.

— A co z lawetą? Muszę przekazać im kluczyki.

— Połóż je na tylnym lewym kole, głęboko pod nadkolem.

Z ociąganiem wykonałam polecenie, uprzednio zabierając swoje rzeczy i zamykając samochód. Podeszłam niepewnie do Range Rovera i otworzyłam drzwi. Wnętrze było czyste, pachnące i luksusowe. Jak na mój gust, za wysokie progi na moje nogi. Nie pasowałam tutaj.

— Wskakuj.

Tym razem Gabriel nie patrzył w moim kierunku. Wsiadłam powoli do auta i lekko zamknęłam drzwi. Siedziałam jak na szpilkach. Podałam tylko adres zamieszkania i ucieszyłam się, kiedy de Anda włączył radio, ucinając wszelkie próby prowadzenia niezobowiązującej dyskusji. Porzucił pomysł omawiania mojego długu wdzięczności.

Kilkanaście minut później byliśmy pod moim domem. Okolica nie była luksusowa, ale spokojna. Nie wstydziłam się sąsiedztwa, chociaż mój dom nie mógł równać się z efektem wow domów dzielnicy willowej, w której mieszkał Will.

Gabriel wyłączył silnik i odwrócił się w moją stronę. Widziałam auto mamy na podjeździe, byłam pewna, że lada moment zauważę jej sylwetkę w oknie. To było nieco krępujące. Niezbyt często zdarzało mi się wracać horrendalnie drogim autem w towarzystwie nieprzyzwoicie przystojnego mężczyzny, który na dodatek był moim o dziewięć lat starszym nauczycielem. Życie było pełne niespodzianek.

— Ładna okolica — powiedział niezobowiązująco.

Pokiwałam głową, zbierając się na odwagę, żeby podziękować za pomoc. Ograniczona przestrzeń wnętrza auta wywoływała podenerwowanie. Mogłam niemal poczuć ciepło, które emitowało potężne ciało mężczyzny. W jednej chwili zrobiło mi się gorąco.

— Dziękuję za pomoc — wyjąkałam, nie patrząc na nic konkretnego. — Poproszę tylko o informację, gdzie mam się zgłosić po auto i ile kosztowała naprawa.

Nie byłam głupia. Wiedziałam, że Jordan zabrał moją Hondę do jakiegoś warsztatu. Nie określiłam wcześniej, do którego mechanika ma jechać, więc pewnie sam podjął decyzję. To oznaczało, że koszty naprawy mogły być jeszcze większe i na samą myśl zaczynała boleć mnie głowa.

— Tym się nie przejmuj — Gabriel machnął ręką.

Przygryzłam wargę i posłałam mu pełne pytań spojrzenie. Uśmiechnął się delikatnie i powoli nachylił się w moją stronę. Znieruchomiałam i wstrzymałam powietrze. Twarz nauczyciela była zdecydowanie za blisko, żeby można było mówić o przyzwoitości. Z tej perspektywy był jeszcze bardziej przystojny i przerażało mnie to, w jakim kierunku zaczynały biec moje myśli w jego towarzystwie.

— Będziesz na imprezie? — Uważnie patrzył mi w oczy.

Jak zahipnotyzowana pokiwałam głową, bagatelizując fakt, skąd wiedział o imprezie i dlaczego w ogóle o to zapytał. Uśmiechnął się nieznacznie i powoli przeniósł spojrzenie na moje usta. 

To się nie działo naprawdę! 

To nie mogło dziać się naprawdę! 

— A będziesz w poniedziałek przed treningiem?

Odruchowo również pokiwałam głową i dopiero po chwili dotarło do mnie, na co się zgodziłam. Zmarszczyłam brwi, na co Gabriel usiadł prosto i wybuchnął śmiechem. Spąsowiałam, zła, że dałam się tak łatwo podpuścić. Celowo mnie oczarował, doskonale zdając sobie sprawę, że byłam zdekoncentrowana jego osobą i zachowaniem.

Borze, jaka ja byłam łatwa.

Mentalny facepalm „przestałamliczyćktóry”.

— Uznajmy, że w ten sposób spłacisz dług wdzięczności za moją rycerską postawę — Uśmiechał się szeroko, bardzo z siebie zadowolony.

Prychnęłam, nie mogąc się powstrzymać. Moja reakcja rozbawiła go jeszcze bardziej. Mogłam zobaczyć całe jego uzębienie, i — o Panie — na ten uśmiech naprawdę chciało się patrzeć.

— Nie zawalę przez to szkoły ani prób — oznajmiłam stanowczo.

Gabriel machnął lekceważąco ręką.

— Dogadamy się.

Nie zapytał o próby, za co byłam wdzięczna, bo wcale nie miałam ochoty o tym wspominać. Zrobiłam to odruchowo, a nie chciałam tłumaczyć się z tego jak spędzałam wolny czas. Coś mi mówiło, że pogłębianie relacji z nauczycielem było mało przyzwoite — zwłaszcza z takim nauczycielem jak Gabriel de Anda.

Wysiadłam z auta i zamknęłam drzwi. Gabriel opuścił szybę i popatrzył na mnie z delikatnością w oczach. Piękny pan w pięknym aucie i ja, czarna i zbuntowana szogunka. Tworzyliśmy mało elegancki kontrast. Starałam się nie dostrzegać uśmiechu, który był wymalowany na twarzy mężczyzny i sięgał również jego oczu. Ten widok wywoływał nieznane sensacje w moim wnętrzu, infekował serce, brzuch i rozum w tym samym czasie. De Anda był jak jakaś pieprzona zaraza, a ja zaraziłam się przy trzecim spotkaniu. Pokręciłabym głową na własną beznadziejność, ale mogłoby to dziwnie wyglądać, więc się powstrzymałam.

— Do zobaczenia na imprezie, Fisher.

Otworzyłam usta, żeby odpowiedzieć, ale ruszył, nie czekając na moją reakcję. Odetchnęłam głęboko, dopiero teraz dostrzegając drżenie moich dłoni i kolan.

Co się ze mną działo?

I, cholera, dlaczego znowu nie pójdę na imprezę?

To przestawało być zabawne.

♠♠♠

— Idziesz.

— Nie, nie idę.

— Idziesz!

— Will, powiedziałam: nie idę.

Zgodnie z planem przyjaciel przyjechał około dwudziestej, twierdząc, że zabiera mnie na zakupy. To mogłoby być pozbawione sensu, jako że sklepy o tej godzinie były w większości pozamykane, ale Will miał na to rozwiązanie. Pojechaliśmy do kina, potem na kolację, a na końcu zabrał mnie do parku na pokaz fontann. Wszystkie opcje stroju na imprezę wybraliśmy w przymierzalni online, klikając w kilka ikon na tablecie. Teraz tylko wystarczyło pojechać następnego dnia do galerii i zapłacić za to, co się wybrało. To dopiero udogodnienie! Zakupy bez wychodzenia z domu i striptizu w przymierzalni. 

Will zawsze miał świetne pomysły. Jakże łatwo było go pokochać!

— Ivy, ta impreza to będzie sztos! Totalny! Wszyscy tam będą! 

Pokiwałam głową, że się z nim zgadzam. W żadnym momencie nie twierdziłam, że impreza na plaży będzie do bani. Ja jedynie oznajmiłam, że jednak nigdzie nie idę.

— Will, możesz iść. Ja nie idę, bo po dzisiejszej akcji z de Andą nie mam pojęcia jak spojrzę mu w oczy.

Mój przyjaciel parsknął śmiechem. Opowiedziałam mu, co zaszło. Uważał, że to było zabawne, urocze i podniecające. Argumenty, że Gabriel był nauczycielem i takie zachowanie nie przystoi, kompletnie do niego nie trafiały.

— Jak nie pójdziesz to pokażesz, że zrobił na tobie wrażenie. Zachowuj się normalnie to sobie odpuści.

Przeżuwałam żelki, analizując to, co powiedział. Był w tym jakiś sens i bardzo mi się to nie podobało.

— Nienawidzę, kiedy masz rację — mruknęłam pod nosem.

♠♠♠

Stałam przed lustrem, mierząc swoje odbicie krytycznym spojrzeniem. 

Włosy, mój największy atut, związałam w luźnego kucyka. Na plaży bywało wietrznie, nie chciałam nic nie widzieć i wrócić z kołtunem na czubku głowy. 

Makijaż zrobiła mi mama, twierdząc, że po tylu latach miło było poczuć, że ma córkę. Powinnam się obrazić, ale rozumiałam jej punkt widzenia. Sam proces był całkiem zabawny. Mama mnie umalowała, a nie przemalowała, za co byłam jej wdzięczna. Rzęsy, brwi, konturowanie twarzy i nagle okazało się, że nie byłam taka najgorsza. To było zaskakujące i pocieszające odkrycie.

Strojem zajął się Will. Jeszcze spałam, kiedy przywiózł wszystkie zamówione rzeczy. Byłam mu wdzięczna, bo nie było siły, która ściągnęłaby mnie w sobotę rano z łóżka, zwłaszcza w tę wolną od pracy. Chciałam mu oddać pieniądze, ale powiedział, że to na poczet zepsutego auta. Sprawił mi prezent na pocieszenie. Gdyby to był ktokolwiek inny, byłoby mi głupio. W przypadku Willa wiedziałam, że intencje płynęły prosto z serca.

I oto stałam, ubrana, umalowana i zdenerwowana. Im bliżej było wyjścia z domu, tym większe miałam obiekcje. To przecież nie tak, że w obliczu całej szkoły Gabriel nagle zacznie te swoje potyczki na spojrzenia, dziwne komentarze i krzywe uśmiechy. Tam będzie większa część uczniów Jeffersona. Mnie pewnie nawet nie zauważy.

W drodze na plażę Will starał się mnie zabawić, ale nie potrafiłam się wczuć. Zac i Martin mieli spotkać się z nami na miejscu. Mieliśmy problem ze znalezieniem miejsca w pobliżu imprezy, więc zaparkowaliśmy kawałek dalej. Umówiłam się z Willem, że on pije, a ja prowadzę. Miałam pilnować, żeby nie zaliczył zgonu i nie bzyknął przypadkowego faceta. Tyle mogłam zrobić.

Już z daleka widziałam rozpalone ogniska, słyszałam grającą muzykę i gwar roześmianych ludzi. W tym roku ktoś inny przejął tradycję organizowania imprez, bo poprzedni koordynator skończył już szkołę. Niemniej wszystko było w najlepszym porządku, więc chyba nieźle to szło.

Znaleźliśmy Zaca oraz Martina i ruszyliśmy w stronę największego ogniska. To tam były skrzynki z piwem i stoły z przekąskami. Na szczęście ktoś wpadł na pomysł zakupienia piwa bezalkoholowego, więc ja również mogłam się napić.

— Obczailiśmy już całą imprezę — oznajmił Martin. — Jest kilka dup do wyrwania, tam jest miejsce do bzykania, tam do sikania, a tam dla VIP-ów.

Patrzyłam we wskazanych kierunkach, będąc pod wrażeniem tego jak szybko moi przyjaciele rozeznali się w terenie. Szkoda tylko, że nie wspomnieli o najważniejszym.

— O mój borze — wyjąkałam. — Czy to jest Weston?

Will spojrzał w tym samym kierunku i po chwili jego twarz odzwierciedlała mój szok. W strefie, którą Martin określił miejscem dla VIP-ów, siedział Samuel Weston. Był w otoczeniu kilku chłopaków, na jego kolanach siedziała ponura Ava. W czasie kiedy on się z czegoś śmiał, ona była zamyślona. To był tak bardzo niesprawiedliwy i niezdrowy widok, że zrobiło mi się jej autentycznie żal.

— A czy to nie jest Gabriel de Anda? — zapytał Will, urzeczywistniając moje obawy.

Wydawało mi się, że widziałam go w towarzystwie Samuela. Siedział nieco z boku, popijając piwo i śmiejąc się z tego, co usłyszał. Spodziewałam się, że będzie na imprezie, ale przez myśl mi nie przeszło, że mógł obracać się w takim towarzystwie. Był starszy, był nauczycielem, był zawodowym sportowcem, raczej nie miał nic wspólnego z mafią. Raczej, bo niby skąd mogłam mieć pewność?

Jednak największe i dziwnym trafem najbardziej bolesne rozczarowanie przeżyłam wtedy, kiedy zobaczyłam, że na jego kolanach również siedziała dziewczyna. Była zjawiskowo piękna, dopracowana od początku do końca, idealnie do siebie pasowali. Obejmował ją jedną ręką, ona wtulała się w jego tors. To takie dziewczyny powinny wzbudzać jego zainteresowanie. To nie była moja liga i fakt, że przez ułamek sekundy pozwoliłam sobie na naiwną nadinterpretację jego zachowania, wzburzył mi krew w żyłach. Byłam wściekła, nie wiem tylko, na kogo bardziej.

W tym momencie Gabriel uniósł wzrok i nasze spojrzenia się skrzyżowały. Nawet z tej odległości potrafiłam dostrzec zmianę w wyrazie jego twarzy. Nie wiem, czy jeszcze ktoś to zauważył, bo byłam za bardzo skupiona na moim nauczycielu. Mimowolnie zsunęłam wzrok na siedzącą na jego kolanach dziewczynę, a potem z powrotem na jego twarz. Zauważył to i zacisnął szczękę. Nie miałam prawa zgrywać zazdrosnej panienki. Kurwa, do niczego nie miałam prawa. Nie miałam prawa nawet pomyśleć, że mój nowy nauczyciel mnie lubił, czy też lubił się ze mną droczyć. A mimo to gotowałam się ze złości. Zacisnęłam ręce w pięści i ostentacyjnie stanęłam do niego tyłem. 

Widzisz mój tyłek, panie de Anda? Tam jest twoje miejsce. I to nie w seksualnym sensie.

To wszystko było takie niesprawiedliwe.

Nie byłam wystarczająco dobra dla mojego ojca. Nie lubiły mnie koleżanki. Idealny facet był gejem, a drugi idealny facet okazał się dwulicowym, zajętym dupkiem. I jeszcze na domiar złego zdążyłam się nim zainteresować w jeden dzień i trzy spotkania. Nic tu nie miało sensu.

— Ivy, wszystko okej? — Will wyglądał na zaniepokojonego moją nagłą zmianą nastroju.

Zmusiłam się do uśmiechu, ale byłam pewna, że wyszedł mi z tego nieładny grymas.

— Tak, dlaczego?

Nie odpowiedział. Zamiast tego uniósł wzrok i ponownie spojrzał w kierunku grupki VIP. Zmarszczył brwi.

— Bardzo dziwne.

Przestąpiłam nerwowo z nogi na nogę.

— Co?

Przyjaciel objął mnie ramieniem i wolnym krokiem ruszył w bardziej odległą część plaży. Minęliśmy większe ogniska i ulokowaliśmy się przy mniejszym, na krańcu imprezy.

— Gdybym nie wiedział lepiej, pomyślałbym, że de Anda zabijał cię wzrokiem.

Po moim ciele przeszedł dreszcz. Postanowiłam udawać luz, którego w tej chwili nie czułam.

— Gdybym nie wiedziała lepiej, pomyślałabym, że możesz mieć rację.

Will popatrzył na mnie uważnie i, nawet jeśli zauważył coś w wyrazie mojej twarzy, nie ciągnął wątku.

— Możliwe.

Zac i Martin zniknęli chwilę wcześniej. Nawet nie próbowaliśmy ich szukać. To była impreza z okazji końca wakacji i rozpoczęcia szkoły. Ludzie przyszli się bawić, a nie dołować. To samo powiedziałam Willowi, który uparł się, żeby dotrzymywać mi towarzystwa. A naprawdę nie byłam w nastroju do świętowania.

— Przyjechaliśmy tu razem i będziemy tu razem — oznajmił stanowczo.

Był kochany i uroczy, ale nawet przede mną nie potrafił ukryć faktu, że rwał się do zabawy.

— Będziemy, kochanie — Poklepałam go po ramieniu. — A teraz idź i się zabaw. Ja się stąd nie ruszę, więc w razie co wiesz, gdzie mnie szukać.

Widziałam, że toczył wewnętrzną bitwę. Poczucie odpowiedzialności mojego przyjaciela było godne pochwały.

— Idź — ponagliłam go ruchem ręki.

Will rozpromienił się, pocałował mnie w czoło i pędem ruszył w kierunku większego ogniska. Podszedł do jakiegoś chłopaka i zaczął z nim rozmawiać. Nawet stąd byłam w stanie dostrzec radość na jego twarzy. I to było najważniejsze, tylko to się liczyło. 

Siedziałam przy ognisku dobrą godzinę. Nikt mnie nie niepokoił, wszyscy mijali mnie z daleka. Słyszałam komentarz, że Poison Ivy przyszła na imprezę zatruć atmosferę, ale nie ruszyło mnie to. To znaczy, nie ruszyło bardziej niż zwykle. Nie znałam źródła ich niechęci. Uparli się, żeby mi dokuczać i widocznie sprawiało im to jakąś satysfakcję. W każdym razie przemilczałam zniewagę i siedziałam dalej. Pewnie już dawno byłabym w drodze do domu, gdyby nie to, że widziałam szczęśliwego Willa. Nie chciałam psuć mu zabawy.

Po kolejnych trzydziestu minutach zdrętwiał mi tyłek. Skończyło mi się piwo, ale nie miałam ochoty wracać do centrum chaosu. Postanowiłam przejść się wzdłuż linii brzegowej. Noc była ciepła, szum wody działał kojąco, odległe dźwięki imprezy były symbolem dobrej zabawy. Nie miałam nawet jednego powodu, żeby być w tak parszywym nastroju. A jednak byłam i nic nie mogłam z tym zrobić.

Bycie niestabilną emocjonalnie nastolatką ssie.

— No nie wiem, Fisher. Spacerowanie w nocy brzegiem oceanu to nie jest najlepszy pomysł.

Przymknęłam oczy, słysząc za sobą ten głos. Poczułam złość i ekscytację w tym samym momencie. Tak jakbym czekała, żeby go usłyszeć, jednocześnie mając nadzieję, że do tego nie dojdzie.

Nie odwróciłam się i powoli szłam dalej. To było jak igranie z ogniem. Moje zachowanie było całkowicie nieuzasadnione, nie miałam prawa stroić fochów. Ale, z drugiej strony, nie musiałam chcieć nawiązywać kontaktu z nauczycielem w dniu wolnym od szkoły, prawda? 

Żałosne, wiem.

— Fisher, mówię do ciebie — W jego głosie dało się wyczuć irytację.

— Słyszę — odparłam spokojnie.

Byłam z siebie cholernie dumna. Głos nawet nie drgnął, nie było w nim cienia niepewności. O taką wersję siebie nic nie robiłam!

Gabriel zrównał ze mną krok. Kątem oka widziałam, że na mnie patrzył, ale nie podzielałam jego zainteresowania. Byłam skupiona na wyrównaniu oddechu i uspokojeniu nerwowego bicia serca.

— Co to miało być? Tam przy ognisku?

Przełknęłam ślinę, wiedząc do czego zmierzał, ale udając inaczej.

— Nie rozumiem.

Złapał mnie za przedramię i zwrócił w swoją stronę. Stanęliśmy naprzeciw siebie. Musiałam nieco unieść głowę, żeby móc spojrzeć mu w oczy. To był błąd. De Anda był mocno wzburzony, a jego spojrzenie ciskało gromy, wycelowane prosto we mnie. Odruchowo zrobiłam krok wstecz, ignorując fakt, że fale przemaczały mi buty.

— Rozumiesz, nie udawaj idiotki. Ciskałaś się jak obrażony szczeniak.

Nerwowo przygryzłam wargę i objęłam się ramionami. Nie miał prawa tak do mnie mówić. Moje reakcje były nowe również dla mnie, ale to wszystko była jego wina.

— Nie wiem, o co panu chodzi — upierałam się. — Przyszłam na imprezę ze znajomymi. Oni się bawią, ja chciałam się przejść. Wszystko jest w porządku. Nie wiem, o co chodzi.

Zaczęłam się powtarzać, ale pomyślałam, że może moje paplanie jakoś go przekona. Wystarczył jeden rzut oka, żeby zauważyć, że nic z tego nie wyszło.

Zrobił krok w moją stronę, również ignorując wodę. Nie dotknął mnie, ale jego obecność była tak namacalna, że nie musiał tego robić.

— Nie masz prawa być zazdrosna, Fisher. Ty jesteś uczennicą, ja jestem nauczycielem. Widzieliśmy się dotychczas trzy razy.

Oblizałam usta. To było głupie, bo jego wzrok powędrował wprost na moje wargi. Czułam się niekomfortowo. Byłam osaczona i pobudzona jednocześnie.

— Wiem, proszę pana. Ja naprawdę…

— Gabriel — przerwał mi stanowczo. — Mam na imię Gabriel.

Pokręciłam głową, próbując zebrać myśli. Zaczynałam czuć zmęczenie. Tego było za wiele.

— Pan jest nauczycielem, ja jestem uczennicą. Zostańmy przy formalnych tytułach.

Na te słowa zacisnął szczękę i złapał mnie ponownie za przedramię. Nabrałam gwałtownie powietrza i stanęłam na palcach, drugą rękę opierając o jego klatkę piersiową. To nie była pozycja, w której należało oglądać pedagoga i uczennicę. Gdyby ktoś nas teraz zauważył, mielibyśmy duży problem. Bo chociaż nic nie robiliśmy, z boku to nie wyglądało jak nic. I on, i ja mieliśmy tego świadomość.

Czułam bijące od niego ciepło, twarde umięśnione ciało, równy rytm serca. Uniosłam powieki i zostałam schwytana w mocne spojrzenie jego oczu. Nie puszczał mnie i chyba tylko dlatego nadal utrzymywałam równowagę.

— Czy ty to robisz specjalnie, Fisher? — zapytał ochrypłym głosem.

Nie znałam się na tym, ale wydawało mi się, że on był równie pobudzony jak ja. Jednocześnie naprawdę nie wiedziałam, o co mnie pytał. W jego głosie wyczułam zarzut, a przecież ja nic nie robiłam.

— Ale co ja robię? — zapytałam niewinnie, ponownie oblizując usta.

Warknął i nim się zorientowałam po raz pierwszy w życiu ktoś mnie pocałował. I to nie byle jaki „ktoś”. Gabriel de Anda, tymczasowy nauczyciel wf-u, obcy mężczyzna i siewca fermentu w jednym. Jego wargi były ciepłe, miękkie i idealnie wilgotne. Smakowały piwem i miętową gumą do żucia. Mimo silnego uścisku na przedramieniu, sam pocałunek był delikatny. Muskał niewinnie moje usta, wzbudzając rój motyli w brzuchu. W uszach mi szumiało i musiałam oprzeć się na nim całym ciałem, bo nogi odmówiły mi posłuszeństwa. Nie pogłębiał pieszczoty, nie próbował niczego więcej. Całował mnie delikatnie, nieśpiesznie, jakby próbował posmakować, jakby i jemu ta pieszczota sprawiała przyjemność. Tylko szybsze bicie serca, które nadal czułam pod dłonią, świadczyło o prawdziwej burzy, która toczyła się również w jego wnętrzu.

Po chwili, która dla mnie była jak wieczność, odsunął się nieśpiesznie. Otworzyłam oczy, zdając sobie sprawę, że były zamknięte. Oddychałam spazmatycznie, próbując uspokoić galopujące emocje.

Mina Gabriela wyrażała niepewność, zaciśnięte szczęki sygnalizowały złość, ale to oczy zdradziły jego prawdziwe emocje. Jakkolwiek ciężko mi to przyznać, de Anda był mocno podniecony. Czuł pożądanie i nie krył tego. Zarumieniłam się pod tym spojrzeniem.

Odsunął się powoli, upewniając się uprzednio, że się nie przewrócę. Żadne z nas się nie odzywało. Ledwo stałam, marzyłam, żeby móc usiąść. Ale nie chciałam okazać słabości. Nie mogłam pokazać, jak ogromne wrażenie zrobiła na mnie ta niewinna pieszczota.

I w tym momencie do mnie dotarło. To nie była niewinna pieszczota. To była mocno zakazana, surowo wzbroniona pieszczota, która nigdy nie powinna mieć miejsca.

— Masz dziewczynę — wychrypiałam, zapominając o zwrotach grzecznościowych.

Gabriel parsknął i przetarł twarz dłonią. Moje słowa wybudziły go z transu.

— Mam — przyznał, śmiejąc się sztucznie.

— To co to było? — Rozłożyłam ręce, gestykulując w bliżej nieokreślony sposób.

Widziałam, że mężczyzna powoli dochodził do siebie. Uniósł wymownie brew i lekko przekrzywił głowę, patrząc ze znudzeniem na moje narastające wzburzenie.

— Pocałunek — odparł, jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie.

Pokręciłam głową, nic nie rozumiejąc.

— Ale… dlaczego?

Domyślam się, że wyglądałam jak bezbronna łania, ale tak właśnie zaczynałam się czuć. Chciałam być zła, ale byłam przytłoczona ilością bodźców i wydarzeń.

Nie spodziewałam się odpowiedzi, ani tym bardziej jakiegokolwiek wyjaśnienia. Gabriel coraz bardziej jawił mi się jako pewny siebie facet, który robił to, co chciał i jak chciał. Tym większe było moje zdziwienie, kiedy przyznał:

— Nie wiem.

Otworzyłam usta, żeby coś powiedzieć, ale zabrakło mi słów. Raz jeszcze pokręciłam głową i ostatkiem woli zmusiłam się, żeby odejść. Noga za nogą, oddech za oddechem, ruszyłam ponownie w kierunku, w którym zmierzałam. Czułam na plecach palące spojrzenie nauczyciela, ale nie zatrzymałam się. Mocniej objęłam się ramionami i zacisnęłam powieki, nie martwiąc się tym, że mogę na coś wpaść. Szłam brzegiem plaży, co najwyżej mogłam wejść w wodę. 

— Fisher! — Usłyszałam jego krzyk, ale nie zareagowałam. — Widzimy się na treningu! 

Czy Gabriel de Anda dobrze całuje?

Borze liściasty! Za dobrze!