Poważnie, Fisher?
Trujący Bluszcz,  Wattpad

TB — 001. Poważnie, Fisher?

— Mamo! Widziałaś moje jegginsy?

— Które, kochanie? Te czarne czy te czarne?

— Te… — Ucięłam w połowie, kiedy zdałam sobie sprawę, że mama ze mnie żartowała. — Bardzo śmieszne, naprawdę. Boki zrywać.

Śmiech mamy wypełnił dom. Pokręciłam głową, powstrzymując kąciki ust od drgania. Rozejrzałam się dookoła i westchnęłam. No trudno, musiałam sama poszukać.

Lubiłam czarne ubrania. Czułam się w nich komfortowo. Miały całą masę plusów. 

Mogłam się upaprać i nic nie było widać. To dość istotne w przypadku osoby, której zawsze — dosłownie zawsze — ściekał ketchup z hot doga.

Do tego ludzie schodzili mi z drogi, podejrzewając, że trzymałam sztamę z samym diabłem. Nie przeszkadzał im fakt, że moje ubrania były zupełnie normalne. Czarny był zły i już. 

Były ekonomiczne, bo stanowiły element ponadczasowej elegancji. Nie miałam kasy na podążanie za trendami, więc tworzyłam własne. Moje polegały na idei less waste i minimalizmie. Miałam trzy pary jegginsów, kilka koszulek i dwie bluzy. Jedną kurtkę i trzy pary ulubionych butów. Prałam, zakładałam, brudziłam, prałam, zakładałam i tak ciągle. Robiłam zakupy tylko wtedy, kiedy było to absolutnie konieczne. Ktoś mógłby powiedzieć, że przy tak ograniczonej garderobie ciężko o nieporządek. Ten ktoś musiałby wpaść do mojego pokoju, żeby szybko zmienić swój pogląd. Notorycznie gubiłam rzeczy. Głowy nie zgubiłam tylko dlatego, że była przyrośnięta do mojego karku. Mama mówiła, że chaos to domena artystycznych dusz. Wierzyłam jej na słowo.

Najważniejszy plus czarnych ubrań: stylistyka pasowała do muzyki, którą tworzyłam. Nie twierdziłam, że każdy artysta poruszający się w klimatach rocka powinien ubierać się na czarno. Byłam ostatnią osobą, która lubiła stereotypy. Ale w moim przypadku czułam, że to dobrze ze sobą współgrało i nie walczyłam z tym na siłę. 

Czarny miał w sobie pazur i elegancję. Stanowiło to idealne połączenie, charakteryzujące złożoną naturę kobiety. Co prawda, w moim przypadku, bliżej mi było do pazura niż elegancji, ale na to miałam jeszcze czas. Jeśli w ogóle kiedykolwiek miało się to zmienić.

— Łap! — Mama weszła do pokoju i rzuciła we mnie parą spodni. — Wczoraj zdjęłam je z suszarki i nie zdążyłam przynieść.

— Dzięki!

Zadowolona usiadłam na łóżku i zaczęłam wciągać jegginsy. Naprawdę je lubiłam. Nie były za cienkie, więc nie świeciłam tyłkiem, ani za grube, więc nie było mi za gorąco.

— Ivy, dzisiaj ma być prawie trzydzieści stopni…

— Mamo, nie zaczynaj — przerwałam jej w połowie zdania, doskonale wiedząc, do czego zmierzała.

Mama westchnęła, zgodnie ucinając temat. Przekonywanie mnie do zakładania lżejszych i kolorowych ubrań straciło sens wiele miesięcy wcześniej. Uczęszczanie do liceum Jeffersona i złośliwości ze strony różowych koleżanek nauczyły mnie tego, że noszenie ubrań, za którymi można się schować, było dobrą taktyką. To plus czarnych ubrań, o którym nie wspominało się dobrowolnie.

W szkole nie miałam lekko. Przyjaźniłam się z chłopakami, z którymi grałam w zespole. Na wychowaniu fizycznym nikt nie wybierał mnie do drużyny, a kiedy już grałam, robiłam wszystko, żeby nie dostać piłką w twarz. Ostatecznie załatwiłam sobie zwolnienie, co było niezłym wyczynem, bo nasza szkoła miała fioła na punkcie sportu. Na stołówce siedziałam w kącie, a na lekcjach odpowiadałam wtedy, kiedy musiałam. Ot, cała moja historia. 

O! I na dodatek jeździłam starą Hondą Civic. 

Przyjaciele mówili do mnie po imieniu, a reszta szkoły, jeśli jakimś sposobem zauważyła moje istnienie, nazywała mnie Poison Ivy. Gdybym była solistką, przyjęłabym taki pseudonim artystyczny.

Nie byłam introwertyczką. Miałam swój świat, swoje kredki i kilku wariatów dookoła, którzy w zupełności mi wystarczyli.

— Czarny to taki smutny kolor — westchnęła mama.

Przekrzywiłam głowę i uśmiechnęłam się zadziornie.

— Nie jest smutny, jest poetycki.

Mama uśmiechnęła się z pobłażaniem i pokręciła głową. Popatrzyłam na nią i zrobiło mi się cieplej na sercu. 

Miała sińce pod oczami, co tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że branie kolejnych dyżurów w szpitalu było ponad jej siły. Wiedziałam, dlaczego to robiła i czułam się z tym paskudnie. Odkąd ojciec założył sobie drugą rodzinę, bo nasza była za mało „reprezentacyjna”, w domu się nie przelewało. Mama wzięła za punkt honoru utrzymanie dotychczasowego standardu. Twierdziła, że niczego nie może mi brakować, mam być beztroską nastolatką i nie dźwigać na plecach błędów rodziców. Byłam jej cholernie wdzięczna i robiłam, co w mojej mocy, żeby nie utrudniać wystarczająco niełatwej sytuacji. Nie wdawałam się w kłótnie, nie uciekałam z lekcji i przynosiłam względnie dobre oceny. Miałyśmy tylko siebie, musiałyśmy trzymać się razem. 

Na swoje przyjemności zarabiałam sama. Miałam tylko dwie pasje — tworzenie muzyki i… ekskluzywną bieliznę. W jednym i drugim przypadku wszystko finansowałam samodzielnie. Podjęłam weekendową pracę w sklepie sportowym — nazwijmy to ironią losu — i odciążałam mamę na tyle, na ile pozwalała mi szkoła i nieduże zarobki. 

— Kolację masz w lodówce, wrócę jutro wieczorem, nie rozwal domu.

Popatrzyłam na mamę, nie kryjąc sceptycyzmu. Nigdy w życiu nie zrobiłam imprezy i nic nie zapowiadało, żeby miało się to zmienić.

— Ja idę na próbę, pewnie wrócę rano.

Mama skinęła głową i skierowała się do wyjścia. Miała do mnie pełne zaufanie, a i ja nie zrobiłam nic, żeby je podważyć. Kiedy mówiłam, że wychodzę wieczorem i wrócę rano, nie miała z tym problemu. Wiedziała, że byłam z chłopakami, obżerałam się popcornem i oglądałam kiepskie horrory, ewentualnie miałam próbę i denerwowałam sąsiadów Willa czymś, co nazywali pierdzeniem w mikrofon.

— Pozdrów chłopaków.

Chwilę później usłyszałam warkot silnika, mama odjechała. Rozejrzałam się po pokoju, żeby upewnić się, że niczego nie zapomniałam. Nie, żebym miała dużo do zabrania. W zespole pełniłam rolę wokalistki. Moim zadaniem było dbanie o głos, a w ekstremalnych sytuacjach noszenie mikrofonu. Całą ciężką robotę zostawiałam mężczyznom. Mieli okazję się wykazać, kiedy trzeba było nosić perkusję i gitary.

Był czwartkowy wieczór. Próby o tej porze kończyły się dość szybko, bo sąsiedzi nie tolerowali głośnych dźwięków w czasie ciszy nocnej. Ćwiczyliśmy w garażu Willa. 

Will grał na basie, miał wielki dom, bogatych rodziców, wredną młodszą siostrę i najsłodsze dołeczki w policzkach jakie widział świat. Na dodatek był moim przyjacielem i gejem, chociaż o tym drugim nikt nie wiedział. 

Wsiadłam do Hondy, rozejrzałam się po wnętrzu i wymruczałam pod nosem parę przekleństw. Musiałam tu posprzątać, a nie należało to do moich ulubionych zajęć. Odpaliłam i z zawrotną prędkością trzydziestu mil na godzinę ruszyłam w kierunku bogatszej dzielnicy osiedlowej. Standardowo na miejsce dotarłam jako ostatnia. To był jakiś pieprzony fenomen: nieważne, o której wyjechałam, zawsze byłam spóźniona. Brama była otwarta, więc bez skrępowania podjechałam prosto pod garaż. Chłopaki śmiali się z czegoś do rozpuku, niemal leżąc na podłodze. Czasami martwiłam się o stan ich zdrowia psychicznego.

— Ivy! — wykrzyknął Martin, który zauważył mnie jako pierwszy. — Nareszcie!

Prychnęłam pod nosem i wolnym krokiem podeszłam do roześmianej grupki. Will i Zac ryczeli ze śmiechu, Martin starał się opanować, a ja nie potrafiłam ukryć zmieszania.

— Z czego „ha”? — zapytałam i usiadłam na pobliskim krześle.

Will machnął ręką, pokazując, że za chwilę dojdzie do siebie. Zac tymczasem zrobił się purpurowy, nie mogąc złapać oddechu. Powinnam mu pomóc, ale wyglądał tak śmiesznie, że jak na dobrą przyjaciółkę przystało, zostawiłam go w tym stanie. Nabrał gwałtownie powietrza i rechotał dalej.

— Okej. To się robi niepokojące.

Na dźwięk mojego głosu przez garaż przetoczyła się nowa salwa śmiechu. Zaczęłam się zastanawiać, czy ta cała wesołość nie była przypadkiem jakoś ze mną związana. 

Martin otarł łzy i przykucnął przy mnie, obserwując chłopaków i ich żałosne starania doprowadzenia się do porządku.

— Mieliśmy mieć próbę — zauważyłam trzeźwo, psując całą zabawę.

— Zac był na randce — rzucił Martin w odpowiedzi.

Otworzyłam szeroko oczy i uśmiechnęłam się od ucha do ucha.

— O chuj. Zapomnij o próbie — Usiadłam przodem do chłopaka. — Chcę znać wszystkie szczegóły.

Moi przyjaciele byli różni tak bardzo jak to tylko możliwe. 

Will grał na basie, był wysokim brunetem o niemal czarnych oczach. Miał dołeczki w policzkach, prosty nos i ładnie umięśnione ramiona. Jego włosy były w wiecznym nieładzie. Ubierał się niechlujnie, ale to tylko dodawało mu uroku. Wyglądał jak zły chłopiec z gitarą w ręku. Tymczasem miał mentalność szczeniaka i serce ze szczerego złota. Był cholernie gorący i, ku mojej rozpaczy, wolał chłopców. Bardzo możliwe, że głównie z tego powodu świetnie się dogadywaliśmy. Gdyby wolał dziewczyny, w życiu bym z nim nie rozmawiała. 

Peszyli mnie przystojni chłopcy. Unikałam ich i w ich otoczeniu udawałam, że nie istnieję. Poza tym byłam pewna, że stanowili główne źródło problemów dziewczyn. Bez nich okres dojrzewania byłby dużo łatwiejszy. 

Taki Samuel Weston… 

W naszej szkole wszyscy schodzili mu z drogi. Dziewczyny do niego wzdychały, niektóre próbowały do niego podbijać, były chyba nawet takie, którym się to udało, ale nigdy nie wyniknęło z tego coś więcej. Jego poważnym i dotychczas jedynym związkiem była relacja z Avą Goldberg. Od zeszłego roku szkolnego stanowili parę. Podobno była impreza, na której Samuel wszystkim ją przedstawił i oficjalnie ogłosił swoją wybranką. Krążyły pogłoski, że to taka tradycja wśród członków mafii. Nie interesowało mnie to, ale jako uczennica Jeffersona wiedziałam takie rzeczy mimowolnie. To, że Samuel był członkiem mafii, stanowiło tajemnicę poliszynela, więc ten wątek można pominąć. W każdym razie Ava wróciła do szkoły mocno odmieniona. To był jej ostatni rok, była rok starsza ode mnie, Samuel już skończył liceum. Pamiętałam Avę uśmiechniętą, beztroską i nieco onieśmieloną zainteresowaniem ze strony Westona, byłam wtedy w drugiej klasie. Cała szkoła tym żyła. Teraz widziałam, że była cieniem samej siebie. Ludzie schodzili jej z drogi, bo jeśli ktoś miał pecha skrzyżować z nią ścieżkę, nie wychodził z tego cało. Ava była zimna, nieczuła, stanowcza i bezwzględna. Nadużywała nowej władzy. Stanowiła godne zastępstwo za swojego chłopaka. I, zupełnie przy okazji, była dowodem na moją teorię, że od ładnych chłopców należało trzymać się z dala.

Mój drugi przyjaciel, Martin, jak na perkusistę przystało, miał silne i ładnie wyrzeźbione ramiona. Akurat w jego przypadku gra na tym konkretnym instrumencie dobrze wpływała na fizyczność. Miał włosy ścięte na jeżyka, niebieskie oczy i śniadą cerę. Efekt psuła broda, której bardzo nie lubiłam i powtarzałam mu to przy każdej możliwej okazji. Był hetero, ale nie szukał miłości. Miał siedemnaście lat, jak my wszyscy, i całe życie na znalezienie dziewczyny.

Zac wyglądał jak typowy nerd. Był niskim, nieco przysadzistym, rudowłosym okularnikiem. Wiele osób stojących z boku uważało, że taka kombinacja to życiowy przegryw. Tymczasem Zac skutecznie obalał ten mit. Może nie wyglądał jak z okładki GQ, ale z gitarą wyczyniał cuda. Zwykł mówić, że to jego kobieta. Pół żartem, pół serio zazdrościłam jego przyszłej dziewczynie. Jeśli miałby ją pieścić tak jak swoją gitarę, mogłam mieć pewność, że dziewczyna będzie w siódmym niebie — a może nawet w dziewiątym.

— Założyliśmy się, że nie wyrwie laski z centrum. Ivy, to była sztuka z poziomu dziesiątego. Nie miał najmniejszych szans.

Chłopcy kategoryzowali dziewczyny według własnej skali. Było dziesięć poziomów. Poziom pierwszy to taki, kiedy patrzyli na dziewczynę i wiedzieli, że w najbliższym czasie czekała ich wizyta u okulisty plus coś na trawienie. Poziom dziesiąty to taki, kiedy patrzyli na dziewczynę, ślinili się jak Dog z Bordeaux i spuszczali w gacie zanim zdążyli o tym pomyśleć. W mojej opinii takie szufladkowanie mogło być bardzo krzywdzące i jeszcze bardziej mylące, ale życie nie było sprawiedliwe. Grunt, że ja byłam poza skalą. Chłopcy zwykli mówić, że byłam idealna na swój własny sposób, cokolwiek miało to znaczyć.

— Zac też wiedział, że sprawa jest przegrana, więc od początku robił z siebie idiotę.

— To znaczy? — Od uśmiechania się zaczynała boleć mnie żuchwa.

— Podszedł do niej i wypalił, że jest tak piękna, że poślubiłby jej kota, byle dostać się do jej rodziny.

Parsknęłam śmiechem i pokręciłam głową. Zac znał na pamięć wszystkie najgorsze teksty na podryw.

— I, kurwa, Ivy. On skradł jej serce. Jak słowo daję. Okazało się, że laska ma bzika na punkcie kotów. Na dodatek była głupia jak but. 

Zaczęłam chichotać jak szalona. To tłumaczyło, dlaczego chłopcy pokładali się ze śmiechu. Może nie powinni wyśmiewać przypadkowej dziewczyny, ale kim ja byłam, żeby ich oceniać? Każdy kiedyś się z kogoś nabijał. Sama byłam ofiarą różowych koleżanek, które nie rozumiały, że wokalistka w zespole rockowym, która ubierała się na czarno, nie musiała być dzieckiem emo. Przykleiły mi łatkę, którą ja przybiłam gwoździem, kiedy zdecydowałam się na kolczyk w nosie. Gdybym zrobiła septum, na które moja mama nie wyraziła zgody, zapewne spaliłyby mnie na stosie.

— Potem rzucił jeszcze kilka sucharów i, nie uwierzysz, ona była gotowa iść z nim do kibla. Chciała mu obciągać tu i teraz.

Bujna wyobraźnia mogła mnie kiedyś zabić. Popatrzyłam na Zaca i wyobraziłam go sobie bez gaci, z dziewczyną, która… 

Śmiech zamarł na moich ustach, a ja poczułam mdłości. Uwielbiałam tego wariata, ale nie chciałam widzieć go w jednoznacznej sytuacji z jakąkolwiek dziewczyną — nawet oczami wyobraźni.

— Chyba mam dość — Uniosłam rękę, żeby powstrzymać Martina przed kontynuowaniem relacji. — Mój żołądek tego nie zniesie.

Dwadzieścia minut później byliśmy gotowi do próby. Zdecydowaliśmy się na przećwiczenie nowej ballady, którą chcieliśmy zgłosić do konkursu talentów. Wstępne eliminacje miały odbyć się w szkole, a zwycięzca miał ją reprezentować w edycji międzyszkolnej. Zależało nam na tym, ponieważ szukaliśmy sponsora do pokrycia kosztów nagrania teledysku. Zwycięstwo w konkursie talentów otwierało przed nami nowe możliwości rozwoju.

— Will! Sąsiedzi się skarżą!

Mama Willa wparowała do garażu, rozejrzała się dookoła, namierzyła syna i wycelowała w niego palec. Wyglądała jak tykająca bomba. Miała błyszczące oczy, potargane włosy i wielkie rumieńce na policzkach. Gdyby przyjrzeć się bliżej, zapewne można by dostrzec, że parowała jej głowa.

— Coś mi dzisiaj obiecałeś, młody człowieku!

Mimowolnie parsknęłam śmiechem. Mama Willa była przemiłą osobą, więc oglądanie jej w stanie nieokiełznanej złości, było zabawne. 

Albo miałam zrąbane poczucie humoru, tak też mogło być.

— Och, Ivy! — Jej wzrok złagodniał, a na twarzy pojawił się uśmiech. — Cześć, kochana. Co tam u mamy?

Usłyszałam, że Will westchnął z ulgą. Mój urok osobisty, o którego posiadanie nie mogłam się podejrzewać, zażegnał kryzys. Porozmawiałam z mamą Willa, rzuciłam kilka grzecznościowych uwag i po obietnicy, że za chwilę skończymy, mogliśmy kontynuować próbę.

— Wisisz mi lody — mruknęłam do Willa pod nosem, świadoma, że jak zwykle to ja ogarnęłam sytuację.

Daliśmy sobie spokój chwilę przed północą. Zac i Martin pojechali do domu, mrucząc coś o sprawdzianie następnego dnia. Ja zostałam, bo nocowanie u Willa było jedną z lepszych rozrywek. Dużo czasu spędzaliśmy we dwoje. Will był jedyną osobą, która potrafiła okiełznać moje ataki, wszystko jedno które. Byłam bardzo emocjonalną istotą, więc reagowałam równie intensywnie złością, smutkiem i radością. Mój przyjaciel był jak parasol ochronny, który ukrywał mnie przed światem, dawał czas na opanowanie emocji i pozwalał być sobą, tak po prostu. Odpaliliśmy film, zrobiliśmy michę nachosów, otuliliśmy się kocem i w ten sposób przywitaliśmy noc.

Następnego dnia nie musiałam się spieszyć, bo pierwsze trzy godziny miały być odwołane. Nauczyciel wf-u został ojcem, wziął sobie wolne, i mieliśmy nie mieć lekcji. Postanowiłam pojechać wcześniej jedynie ze względu na chłopaków, którzy wynaleźli w sieci jakiś festiwal i palili się, żeby mi o nim opowiedzieć. 

Wyspana, w dobrym humorze weszłam do szkoły. Jakież było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że wychowanie fizyczne nie zostało jednak odwołane. Miałam zwolnienie, nie musiałam martwić się brakiem przygotowania, ale psuło to moje plany spotkania z chłopcami. Zwolnienie czy nie, obecność musiałam mieć.

Wyspana, w nieco gorszym humorze powłóczyłam nogami w stronę boiska. Dziewczyny z mojej klasy stały niemal na baczność, co było dosyć trudne, zważywszy na fakt, że nie potrafiły opanować ekscytacji. Mogłam zapytać, o co chodzi, ale naprawdę mało mnie to interesowało. Widziałam, że Zac wpadł na trybuny, rozejrzał się i kiedy mnie zauważył zaczął machać jak opętany. Tuż za nim pojawił się Martin, który w ostatniej chwili wyhamował przed plecami przyjaciela. Niestety Will, który wbiegł jako ostatni, nie zdążył tego zrobić, w efekcie czego cała trójka runęła do przodu. Zaczęłam chichotać jak szalona, całkowicie ignorując otoczenie. Przynajmniej do czasu, kiedy usłyszałam wymowne chrząknięcie.

— Panno Fisher, czy pomimo zwolnienia z zajęć, mogę oczekiwać od pani chociaż minimum uwagi?

Nauczyciel, którego miało nie być, patrzył na mnie z dezaprobatą, jednocześnie skupiając na mnie uwagę wszystkich obecnych wokół osób. Poczułam, że na moje policzki wpływa szkarłatny rumieniec, ale nie chciałam okazać słabości. Walcząc z własnymi ograniczeniami uśmiechnęłam się szeroko i powiedziałam pierwszą głupotę, która wpadła mi do głowy:

— Ale tylko minimum.

Różowe koleżanki prychnęły, okazując swoje niezadowolenie moją ignorancją. Przestąpiłam nerwowo z nogi na nogę. Nauczyciel z kolei spojrzał na mnie z niechęcią. Nadal się uśmiechałam, więc po sekundzie odpuścił. Odetchnęłam z ulgą. Zerknęłam szybko w stronę trybun, upewniając się, że chłopcy nadal tam są. Zac trzymał się za rękę, Martin masował się po głowie, a Will wył ze śmiechu. Pokręciłam głową z uśmiechem. Byli niemożliwi, ale uwielbiałam ich.

Skupiłam uwagę na nauczycielu, który omawiał szczegóły swojej nieobecności. Przesuwałam powoli wzrokiem po wszystkich zgromadzonych, aż moje oczy spoczęły na niecodziennym widoku. W ustach mi zaschło, musiałam przełknąć ślinę.

U boku naszego nauczyciela stał chłopak, bardziej mężczyzna, tak zjawiskowo przystojny, że nawet moja ignorancja postanowiła zrobić sobie wolne. Był oszałamiająco piękny. Był niesamowity, był…

Zdałam sobie sprawę, że się na niego gapię, kiedy nasze oczy się spotkały, a jego brew powędrowała do góry. Ponownie zarumieniona po same uszy, szybko spuściłam głowę.

To tłumaczyło podekscytowanie dziewczyn z mojej klasy. Tymczasem ja zdążyłam się zbłaźnić. Nic nowego, powinnam przywyknąć.

— Część z was pewnie go zna, więc prezentację robię dla pozostałych — Nauczyciel spojrzał wymownie w moim kierunku. Udawałam, że tego nie widzę. — Gabriel de Anda, członek NFL, zawodowy gracz futbolu amerykańskiego, absolwent naszej szkoły. Gabriel zgodził się wziąć zastępstwo na czas mojej nieobecności, jako że w najbliższym sezonie nie będzie brał udziału w rozgrywkach. Macie jedyną w życiu szansę mieć wf z gwiazdą futbolu amerykańskiego. To się nie zdarza, to trzeba docenić.

Byłam pod wrażeniem, przyznaję. Niemniej nie na tyle dużym, żeby zrezygnować ze zwolnienia. W zasadzie byłam jeszcze bardziej zdeterminowana, żeby nie brać udziału w zajęciach. Ośmieszanie się na oczach boga seksu i sportu to upokorzenie, które czuje się i wspomina do końca życia.

— Umiejętności i możliwości sportowe Gabe’a są wszechstronne, więc jestem pewien, że nie będziecie się nudzić i grać tylko w futbol — Nauczyciel zarechotał, kilka dziewczyn mu zawtórowało, ja tylko prychnęłam pod nosem. — Życzę wam udanych zajęć i do zobaczenia jak najpóźniej.

Pan Rolls nawet nie próbował udawać, że będzie za nami tęsknił. Zawsze uważałam, że zawód nauczyciela był niedoceniany i powinien mieć łatkę pracy w szkodliwych warunkach. Ja również nie ułatwiałam belfrom życia, chociaż starałam się nie sprawiać za dużo kłopotów.

Pan Rolls zrobił dwa kroki wstecz, wystawiając niejakiego Gabriela na pierwszy plan. Mężczyzna skrzyżował ramiona na piersi, eksponując perfekcyjnie umięśnione ręce. Usłyszałam, że kilka dziewczyn westchnęło z aprobatą. Sam Gabe zdawał się wiedzieć, że wzbudza zainteresowanie, bo na jego ustach czaił się mały przekpiewczy uśmieszek. Za to, panie de Anda, duży minus. 

— Cześć, dziewczyny. Mam na imię Gabriel i w najbliższym czasie będę mocno dawał wam w kość — Posłał firmowy uśmiech, na widok którego ponownie usłyszałam zbiorowe westchnięcie. — Nie chcę tracić czasu na gadanie, więc przejdę od razu do rzeczy. Za kilkanaście tygodni odbędzie się turniej sportowy, który jest dość ważny dla naszej szkoły. Wybiorę spośród uczniów osoby, które będą nas reprezentowały. Przygotowanie do turnieju będzie wieloetapowe, a jego głównym czynnikiem będzie udział w obozie sportowym. Będę tam z wami i będziemy wspólnie ciężko pracować na sukces. Od waszego zaangażowania będzie zależeć wasza ocena końcowa. W razie wątpliwości służę pomocą, ale dopiero na koniec lekcji. Teraz biegniecie na rozgrzewkę dziesięć kółek wokół boiska.

Dziewczyny zgodnie ruszyły z miejsca, wprawiając mnie tym w chwilowe oszołomienie. Nigdy, dosłownie nigdy, nie były tak chętne i aktywne na lekcjach. W efekcie zostałam sama jak palec, przyciągając uwagę nowego nauczyciela. Przełknęłam ślinę, rzuciłam mu krótkie spojrzenie i mało elegancko odwróciłam się, żeby odejść.

— Ty — Usłyszałam i przymknęłam oczy, bo wiedziałam, że mówił do mnie. — Fisher, tak?

Stanęłam do niego przodem i uśmiechnęłam się przez siłę.

— Tak, proszę pana.

Uniósł brew i parsknął krótkim śmiechem. Podszedł bliżej, jak na mój gust za blisko, więc musiałam nieco unieść głowę.

— Nie musisz mówić do mnie per „pan”. Jestem niewiele starszy od ciebie.

Spuściłam wzrok, tym razem uśmiechając się ze skrępowaniem. Czułam się cholernie nieswojo i bardzo chciałam stamtąd zniknąć.

— Ale jest pan nauczycielem.

Usłyszałam, że westchnął.

— Mimo wszystko wolałbym, żebyś mówiła do mnie po imieniu.

Przestąpiłam z nogi na nogę i skinęłam głową. Doskonale wiedziałam, że nie będzie ku temu okazji, bo może i musiałam być obecna na zajęciach, ale miałam pełne prawo zajmować się w tym czasie czymś innym. Właśnie uznałam, że odrabianie lekcji może być całkiem przyjemnym zajęciem, zwłaszcza, kiedy zestawi się je z koniecznością pustych gadek z Gabrielem de Anda.

— Dlaczego masz zwolnienie? — zapytał.

Spojrzałam na niego, zaskoczona pytaniem. Musiałam przypomnieć sobie wymówkę, którą łyknął dyrektor.

— Mam problemy ze stawami — wyjąkałam. — Za szybko rosłam i coś się uszkodziło.

Po jego minie widziałam, że mi nie uwierzył. A na pewno mocno wątpił w to, co usłyszał.

— Coś się uszkodziło? — powtórzył, nie kryjąc sceptycyzmu.

Pokiwałam głową, nie decydując się na dalsze wyjaśnienia. Zawsze mówiłam, że nie jestem lekarzem i się na tym nie znam, ale w przypadku nowego nauczyciela wf-u istniało ryzyko, że będę musiała zrobić dyplom z medycyny i wszystko mu przedstawić, żeby mi uwierzył. Najwyraźniej zawodowy sportowiec i absolwent sfiksowanego na punkcie sportu liceum to osoba, która nie uznawała zwolnień z zajęć.

— Chcę kopię tego zwolnienia.

Zmarszczyłam brwi, mając coraz większe obawy.

— Jest w sekretariacie…

— Przynieś — rzucił, odwrócił się i odszedł, żeby obserwować trening.

Poczułam się jak pies, któremu wydano komendę. Zacisnęłam ręce w pięści i ciężkim krokiem ruszyłam w stronę sekretariatu. Pani Hadid nie pytała, po co mi kopia zwolnienia. Przez całą moją pięciominutową wizytę rozpływała się nad osobą Gabriela de Anda, przyprawiając mnie tym samym o mdłości.

Gabriel de Anda i ja stanowiliśmy przedstawicieli dwóch totalnie różnych światów. Bogaty zawodowy sportowiec, o wyglądzie wykutego w marmurze ideału, kontra wokalistka garażowego zespołu rockowego, wywodząca się z klasy średniej. Jego kochały miliony, mnie nie lubiło choćby dziesięć osób. On był nauczycielem, ja byłam zależną od niego uczennicą. Sam fakt, że od dwudziestu minut zajmował moje myśli, doprowadzał mnie do szału. A warto zauważyć, że zwykle nie traciłam czasu na myślenie o czymś, co mnie nie dotyczyło.

Wróciłam na boisko, podeszłam do chłopaka i bez słowa machnęłam mu zwolnieniem przed nosem. Bardzo starałam się nie okazywać irytacji, ale chyba kiepsko mi szło, bo Gabe był wyraźnie rozbawiony moją postawą. Wziął świstek, rzucił na niego okiem i zmarszczył czoło. Moje serce zabiło dwa razy szybciej. Kiedy nic nie powiedział, zdecydowałam się zaryzykować pytanie.

— Jakiś problem?

Pokręcił głową, po czym po chwili ponownie mnie zaskoczył.

— Ivy to skrót od jakiego imienia?

Zmarszczyłam brwi.

— Od żadnego. Ivy to Ivy.

Prychnął i łypnął na mnie spod daszka swojej czapeczki.

— W takim razie, Fisher, to wszystko. Możesz usiąść i nic nie robić.

Nie spodobał mi się ton jego wypowiedzi ani to, co powiedział. Niemniej bez słowa ruszyłam na trybuny, chociaż chłopaków już tam nie było. Mieli swoje lekcje. 

Wyciągnęłam telefon i zaczęłam bezmyślnie przeglądać Facebooka. W pewnym momencie uznałam, że równie dobrze mogę zgooglować nowego nauczyciela i dowiedzieć się o nim czegoś więcej. Nie byłam specjalnie ciekawa, po prostu lubiłam wiedzieć, z kim miałam do czynienia.

W jakiś nieokreślony sposób trafiłam na wątek: „Czy Gabriel de Anda dobrze całuje” i już miałam go wyłączyć, kiedy padł na mnie czyjś cień. Uniosłam wzrok i zmroziło mi krew w żyłach.

Gabriel stał, uśmiechnięty od ucha do ucha, patrząc wymownie na mój telefon.

— Poważnie, Fisher? Mogłaś po prostu zapytać — Nachylił się nieznacznie w moją stronę.— Bo raczej nie będzie okazji, żeby się przekonać.

Spojrzał na moje usta i na dłuższą chwilę zatrzymał na nich wzrok. Odruchowo oblizałam wargi, dość szybko żałując, kiedy zobaczyłam, że jego oczy pociemniały. Po moim ciele przeszedł dreszcz, który wykwitł gęsią skórką. Gabriel zacisnął szczękę i stanął prosto.

— Nie uznaję zabaw telefonem na moich zajęciach. Masz zwolnienie, ale nie jesteś upośledzona. Będziesz mi pomagać.

Odchrząknęłam.

— Pomagać?

Przekrzywił głowę i spojrzał na mnie jakbym była niespełna rozumu.

— Tak, Fisher. Pomagać. Z uszami masz wszystko w porządku?

To było niemiłe i nie wiedziałam, czym sobie zasłużyłam. Byłam natomiast pewna, że od tego momentu każda lekcja wf-u będzie gorszą katorgą niż dotychczas.