Monster In You,  Wattpad

#MIY — ROZDZIAŁ DRUGI

Od najgorszej imprezy w moim krótkim życiu minęły dwa dni. Było słoneczne niedzielne popołudnie, z którego nie umiałam się cieszyć. Nie byłam typem kontemplującym piękno świata, ale chciałam iść na plażę, opalić białe dupsko, wydać kasę na nowe ciuchy i jakieś dobre żarcie. Wkurwiało mnie, że strach mi na to nie pozwalał. Może przesadzałam, może byłam paranoiczką, ale z jakiegoś powodu słowa Tristana potraktowałam poważnie. Na kilku portalach pisano o fałszywym alarmie przeciwpożarowym w jednym z popularniejszych klubów LA. Byłam odpowiedzialna za spore zamieszanie i obawiałam się konsekwencji. Zwykle niczego się nie bałam, więc nowy stan chronicznego podenerwowania wzbudzał we mnie wściekłość.

— Ja pierdolę, Amy, weź się zatrzymaj.

Kora przerzucała bezmyślnie kanały, co jakiś czas posyłając mi rozbawione spojrzenie. Bliźniaczki wytrzeźwiały i uznały, że zjebałam życiową okazję na dobrą zabawę. Nie widziały problemu ani w tym, co działo się w pokoju za barem, ani w tym, że moja pochopna decyzja o wywołaniu alarmu, była zapewne kurewsko kosztowna. Streściłam im przebieg całego wieczoru, nic do nich nie docierało. 

Chodziłam nerwowo po salonie, wydeptując nowe ścieżki i próbując wymyślić, co powinnam zrobić.

— Serio, Amy, niezła z ciebie laska, ale naprawdę sądzisz, że Tristan Visconti będzie tracił czas na przypadkową dupę, która wcisnęła zły guzik?

Kira weszła do salonu, niosąc miskę popcornu. Widząc jej figurę można by założyć, że prowadziła zdrowy tryb życia. Tymczasem bliźniaczki żywiły się gównianym żarciem, które w miarę możliwości popijały alkoholem. Ja im w tym towarzyszyłam, zachodząc w głowę, dlaczego nadal nie wyglądałyśmy jak wypryszczone kule śnieżne.

— Zgooglowałaś go? — Spojrzałam na Kirę, nie kryjąc zdziwienia.

Przyjaciółka usiadła obok siostry, bez słowa podając jej miskę przekąsek. Czasami odróżniałam je tylko dlatego, że miały inny kolor bluzki czy spodni. Wyglądały tak samo, śmiały się tak, robiły to samo.

— Ta — westchnęła Kira. — Chciałam sprawdzić, co straciłaś.

Jęknęłam i złapałam się za głowę. Kira uważała, że Tristan chciał mnie przelecieć i że powinnam była mu na to pozwolić. Facet wyglądał jak wykuty z marmuru ideał, do tego miał pieniądze i kontakty. To takie cechy, które zwykle działają na kobiety. Mi coś mówiło, żeby trzymać się z dala.

— Orgię z naćpanymi Włochami — wypaliłam. — Nic, za czym warto płakać.

Jak na komendę obie siostry skrzyżowały ramiona i spojrzały na mnie z wyrzutem. To było dziwne, ale po czasie można było się przyzwyczaić.

— Chciałyśmy orgii z naćpanymi Włochami — burknęła Kora.

— Luca miał kutasa jak bakłażan. Pierdolony gigant. To mogło być piękne — zawtórowała Kira.

Usiadłam ciężko na stojącym nieopodal fotelu. Od początku wiedziałam, że wytłumaczenie im, dlaczego cała akcja z Włochami była pojebana, mijało się z celem. Mimo to podejmowałam ten próżny trud, próbując wbić do ich pięknych łbów trochę zdrowego rozsądku.

— Nie chciałam tego wiedzieć — mruknęłam do Kiry, krzywiąc się z niesmakiem.

— Żałuj, że nie widziałaś — odparła bez skrępowania. — Prosty, sterczący, cudownie aksamitny fiut. Nie zdążyłam dobrze spróbować, kiedy wylałaś mi na głowę wodospad.

Pokazałam jej środkowy palec, nie wdając się w kolejną dyskusję. Przypomniała mi o włączeniu alarmu, co w jednej sekundzie ponownie podniosło mi ciśnienie. Schowałam twarz w dłoniach i westchnęłam głęboko.

Tristan Visconti.

Miałam ochotę złapać za telefon i sprawdzić, kim był, ale wybiłam to sobie z głowy. Może dziewczyny miały rację, może za bardzo się przejmowałam. Nakręciłam się i tyle. Dlaczego jakiś nadziany casanova miałby zawracać sobie głowę kimś tak mało znaczącym jak ja? Owszem, byłam zajebista, ludzie lubili przebywać w moim towarzystwie, traktując każdą kąśliwą uwagę z mojej strony jak dobry żart, ale Tristan nie zdążył poznać tej części mojej fantastycznej osobowości. Wymieniliśmy parę zdań, poprzepychaliśmy się, a potem zalałam mu klub — nie warto tracić na to czasu, co nie?

— Ja pierdolę. On mnie zabije.

Bliźniaczki prychnęły i w tym samym momencie pokręciły głową.

— Zna twoje imię i wie jak wyglądasz, nic więcej. To jest LA. Cztery miliony ludzi, w tym pewnie kilkanaście tysięcy brązowowłosych Amy.

— Dokładnie — przytaknęła Kira. — Nie ma szans, żeby cię znalazł.

Dealer-milioner z włoskimi korzeniami nie ma szans mnie znaleźć. Jakoś czarno to widziałam.

— Jak mnie zabije i będziecie wylewać łzy nad moim grobem to wtedy przyznacie mi rację.

— Przyniosę ci kwiaty — Kora puściła oczko.

— A tylko spróbuj sztuczne — mruknęłam. — Zmartwychwstanę i wepchnę ci je w dupę.

Dziewczyny zachichotały i powróciły do oglądania filmu. Nawet nie zdążyłam zauważyć, że coś wybrały. Byłam tak pochłonięta myślami o ostatnich wydarzeniach, że ledwo zauważałam otoczenie.

— Idę na trening — Wstałam gwałtownie, podjąwszy decyzję.

Bliźniaczki spojrzały na mnie znudzonym wzrokiem.

— Jak wrócisz to nas nie będzie.

Zmarszczyłam brwi, ciekawa, co tym razem wymyśliły. Były wakacje, nie musiałyśmy przejmować się studiami, a nasza praca nie wymagała obecności w biurze. Niedzielny wieczór nie był granicą końca zabawy. Toteż nie zdziwiło mnie, kiedy odparły, że idą do klubu.

— Znowu? — zapytałam bez entuzjazmu. Miałam dość klubów na jakiś czas.

— Tak — odparła twardo Kora. — Mam nadzieję, że Ricco nie ma mi za złe zalania klubu.

Mało mnie to obchodziło. Poczułam zimny dreszcz na plecach. Czułam się parszywie, a przyjaciółki mi tego nie ułatwiały.

— Idziecie do Peccato Capitale? Znowu?!

Samo wymówienie tej nazwy sprawiało, że obiad pochodził mi do gardła. Nie wiem, co Tristan ze mną zrobił, ale nie podobało mi się to. Nie było go tutaj fizycznie, a ja i tak czułam strach.

— Ogarnęli lokal w dwadzieścia cztery godziny. Jest otwarty, więc idziemy. Trzeba ładnie przeprosić kilku rozjuszonych Włochów.

— Poważnie, Kira? Luca ma fiuta jak bakłażan, więc w dupie masz inne sprawy? Ja pierdolę. Mózg ci wyparował czy co?

Kira nie wyglądała na poruszoną moimi obelgami. Z jakiegoś powodu nie zamierzała odpuszczać tego konkretnego faceta. Czymkolwiek namącił jej w głowie, było to skuteczne. O ile wcześniej mogłam zrzucić winę na alkohol czy zioło, o tyle teraz brakowało mi argumentów.

— Nie panikuj, Amy. Słowem nie wspomnimy, gdzie mieszkasz. Pewnie nawet nikt nie zapyta.

Nie wiem, co mnie bardziej zadziwiało: jej naiwność czy głupota.

— Gdzie my mieszkamy, my. Jeśli podasz im swój adres, to trafią do mnie. Nie chcę mieć z nimi nic wspólnego. Możesz dać się bzykać przez tydzień, ale idźcie do hotelu albo do niego. Nie chcę żadnych Włochów w tym domu.

Kiedy podjęłyśmy decyzję o wynajęciu niedużego domku, nie brałam pod uwagę takiej sytuacji. Miałyśmy zasadę, że nie będziemy wchodzić sobie w drogę, utrudniać życia i mieszać w nieswoje sprawy. Docelowo miałyśmy nie przyprowadzać żadnych obcych, ale Kira była tak odurzona Ricco, że obawiałam się, że zapomniała o tej regule.

— Zluzuj, Amy. Będzie dobrze.

Nie było sensu ich przekonywać ani próbować czegokolwiek tłumaczyć. Miały prawo robić, co im się podobało. Przyjaźń polegała na dawaniu wolności i wspieraniu różnych decyzji. 

— Wychodzę.

Poszłam do swojego pokoju i rozejrzałam się po wnętrzu. Namierzyłam torbę ze strojem na trening, chwyciłam ją i skierowałam się do wyjścia. Po drodze zamówiłam Ubera. Nie chodziłam na regularne ćwiczenia. Raz na jakiś czas wchodziłam na bieżnię, porobiłam parę brzuszków, pobijałam rekord w robieniu deski, a na koniec szłam na basen. Może to tłumaczyło, dlaczego fast foody i alkohol nie rujnowały doszczętnie mojego organizmu.

Dotarcie na siłownię zajęło krótką chwilę. Przebrałam się w szatni i poszłam w kierunku ulubionej bieżni. Miałam stąd widok na miasto, co w godzinach wieczornych stanowiło przyjemny dla oka obrazek. Ustawiłam trening interwałowy na czterdzieści minut. Zamierzałam się zmęczyć, spocić i wybić z głowy myślenie o czarnych oczach pewnego mężczyzny. Związałam włosy w wysokiego kucyka, włożyłam AirPodsy do ucha i włączyłam muzykę.

— Hej, Amy!

Trevor, trener personalny, stanął obok, posyłając w moją stronę szeroki uśmiech. Dotrzymywał mi towarzystwa, o ile nie miał żadnego klienta. Lubiłam z nim rozmawiać, bo rozumiał moje żarty. Do tego był miły, miał poczucie humoru i nie próbował mnie podrywać. Od dłuższego czasu próbowałam zrozumieć jego intencje. Miałam cyniczne podejście do życia. Byłam przekonana, że nie ma bezinteresownych ludzi. Każdy zawsze czegoś chciał, zwykle miał w tym jakiś interes. Nie musiało być to coś znamiennego, niemniej uważałam, że każda znajomość musiała z czegoś wynikać. Nie odkryłam motywów Trevora, więc póki co traktowałam go jak dobrego kolegę.

— Hej, Trev — Uśmiechnęłam się, przyciszając muzykę. — Co tam?

Wzruszył ramionami i napił się trzymanej w ręku wody.

— Nic specjalnego. Dzisiaj mam wolne.

— To co tutaj robisz? — Uniosłam brwi i poprawiłam iWatcha.

— Muszę zrobić trening. Pora popracować nad sobą.

Skinęłam głową i spojrzałam wymownie na zegarek.

— Muszę cię przeprosić, ale chciałabym już zacząć.

Uniósł ręce w geście poddania i puścił oko.

— Nie przeszkadzam. Do zobaczenia.

Odgłosiłam muzykę i uruchomiłam bieżnię. Przez kolejne czterdzieści minut czułam jak schodziło ze mnie ciśnienie. Dałam sobie wycisk, pot ściekał mi z czoła, ale nie przestawałam. Odzyskiwałam również trzeźwość umysłu. Zaczynało do mnie docierać, że zalanie klubu było radykalnym, ale stanowczym sposobem na wyrwanie się z rąk Tristana. Obcy facet narzucał mi swoje towarzystwo, szarpiąc mnie na siłę w tylko sobie znanym kierunku. Nie miał do tego prawa, za to ja miałam prawo się bronić. Powinien się cieszyć, że po wszystkim nie zadzwoniłam na policję i nie zrobiłam donosu. Powinnam zgłosić molestowanie, żeby uchronić inne dziewczyny przed nadętym, narzucającym się dupkiem. Znaleźliby narkotyki, a Tristan miałby jeszcze więcej kłopotów. Poza tym klub na pewno był ubezpieczony, więc finalnie nie było większych finansowych strat.

Nie wiedziałam, co ten człowiek w sobie miał, ale na dwa pełne dni zasiał we mnie ziarno strachu, niepewności i niepokoju. Przestałam myśleć racjonalnie, pogrążając się w winie za coś, co ostatecznie nikomu nie zrobiło krzywdy, a mi pomogło w ucieczce. Gdybym nie poświęcała tak wiele uwagi na kontemplowanie fizyczności Tristana, być może wcześniej doszłabym do wniosku, że nie miałam się czym przejmować.

Trening dobiegał końca, a za oknem powoli nadchodził zmierzch. Dziewczyn nie było w domu, więc nie miałam się do czego spieszyć. Siłownia znajdowała się na przedostatnim piętrze wysokiego wieżowca, z kolei na ostatnim zrobiono basen. Wróciłam do szatni, żeby spłukać pot i przebrać się w kostium, i już po chwili stałam przy wodzie.

Nie było zbyt wielu osób. O tej porze większość ludzi szykowała się na poniedziałkowy powrót do pracy. Miałam ten luksus, że pracowałam jako freelancerka, obrobiłam się ze zleceniami i cieszyłam z napływu przyzwoitej gotówki. Następnego dnia miałam wolne.

Powiesiłam ręcznik na jednym z licznych wieszaków i bez zastanowienia wskoczyłam do wody. Chłód rozlał się przyjemnie po moim zmęczonym i rozgorączkowanym ciele. Nie byłam już tak zdenerwowana jak jeszcze dwie godziny wcześniej. Postanowiłam przepłynąć kilka długości, a w nagrodę za wysiłek pójść samotnie do kina. Było kilka premier, które chciałam zobaczyć. Tylko ja, film i największa porcja nachosów z sosem serowym.

Płynęłam właśnie jedenastą długość basenu, kiedy wszystkie światła zgasły. Jedynie świetliki w wodzie były nadal włączone. Zatrzymałam się na chwilę, zdjęłam okulary i przetarłam twarz, rozglądając się dookoła. Wyglądało na to, że byłam całkowicie sama. To było dziwne, bo do zamknięcia pozostało jeszcze trochę czasu, zwykle nie wyludniało się tak szybko. Być może awaria prądu sprawiła, że ludzie zrezygnowali. Być może należało zrobić to samo. Podjęłam decyzję o wyjściu, kiedy zobaczyłam, że jakiś mężczyzna w kąpielówkach, czepku i okularach jednym susem wskoczył do wody. Zajął skrajny tor, najbardziej oddalony od mojego. Zanim zniknął pod taflą, zdążyłam zauważyć, że miał mocno wyrzeźbioną sylwetkę. Wynurzył się parę metrów dalej i zaczął płynąć idealnym kraulem. Założyłam okulary i bez namysłu wróciłam do treningu. Skoro on pływał to znaczyło, że nic złego się nie działo.

Starałam się skupić na oddechu i całkowicie oczyścić umysł. Czułam swoje mięśnie, każdy ruch ramion, słyszałam wodę. Niby wszystko było w porządku, ale coś nie dawało mi spokoju. Nadal nie przywrócono prądu. Nikt nie zapalił głównych świateł. Byłam na etapie kończenia dziewiętnastej długości, docelowo planując tylko dwadzieścia, kiedy poczułam, że ktoś złapał mnie za kostkę i wciągnął pod wodę. W jednej chwili panika ścisnęła mnie za serce. Zaczęłam się szarpać, usilnie próbując wypłynąć na powierzchnię i złapać odrobinę więcej powietrza. Nie byłam przygotowana na nurkowanie, nie wzięłam głębszego oddechu. Wierzgałam nogami, zwracając się w stronę napastnika. Nie zdziwił mnie widok mężczyzny, ale w ułamku sekundy, widząc złoty łańcuszek z krzyżykiem i wytatuowane przedramiona, zdałam sobie sprawę, że to Tristan.

Strach ścisnął mi gardło, jeszcze bardziej utrudniając oddychanie. Wolną nogą próbowałam kopnąć go w twarz. Uzyskałam tylko tyle, że na chwilę mnie puścił i mogłam wypłynąć, żeby złapać powietrze. Oddychałam spazmatycznie, jednocześnie próbując odpłynąć jak najdalej od mężczyzny. Byłam przy samej drabince, kiedy poczułam silne ręce na biodrach, które ciągnęły mnie w dół. Tym razem byłam przygotowana i kiedy przesunął dłonie, żeby popchnąć mnie za ramiona w dół, nabrałam dużo powietrza. Trzymał mnie pod wodą, ale sam nie nurkował. Widziałam jego zanurzone częściowo ciało i do głowy przyszło mi tylko jedno rozwiązanie. Zanim jednak zdążyłam podjąć działanie, pociągnął mnie mocno do góry. Wynurzyłam się, kaszląc i charcząc, próbując oddychać i opanować rwący ból w klatce piersiowej.

Tristan zerwał czepek z mojej głowy, złapał za włosy i owinął je sobie wokół pięści, szarpiąc mocno. Bez zbędnych słów i ostrzeżeń ponownie mnie podtopił. Nie miałam już okularów, bo spadły razem z czepkiem. Normalnie nie otwierałam oczu pod wodą, bo chlor bardzo mi je podrażniał, ale to była moja jedyna szansa. Otworzyłam oczy, namierzyłam jego krocze, złapałam i z całej siły ścisnęłam za jądra. Nawet pod wodą usłyszałam jego krzyk. Puścił mnie i odsunął się na niewielką odległość. To był jedyny moment na ucieczkę. Wynurzyłam się, ponownie walcząc o oddech, i rzuciłam w stronę drabinki. Wspięłam się możliwie jak najszybciej, nie odwracając w stronę przeklinającego w dwóch językach jednocześnie oprawcy. Ignorując ręcznik i czekanie na windę, zbiegłam schodami przeciwpożarowymi na piętro siłowni. Ku mojej rozpaczy okazało się, że była zamknięta. Jak to było w ogóle, kurwa, możliwe?! Trevor wiedział, że poszłam na basen. Zamknęli moje rzeczy w szatni, nie zadając sobie trudu, żeby przyjść i uprzedzić. Na szybie wisiała tylko informacja, że z powodu awarii obiekt został wcześniej zamknięty. Przepraszali za utrudnienia, ja pierdolę.

Rozejrzałam się w popłochu, podejmując szybką decyzję powrotu na klatkę schodową. Niższe piętra wieżowca były przeznaczone na biura, więc w niedzielny wieczór nikogo tam nie było. Wyglądało na to, że jedynym rozwiązaniem było wybiec w kostiumie na ulicę i prosić przypadkowych przechodniów o ratunek. Nieważne, co musiałam zrobić; ważne, żeby pomogło. Tristan miał jasne intencje, chciał mnie utopić, był wkurwiony. Do tego uszkodziłam jego krocze, więc na pewno nie był teraz kurewsko szczęśliwy.

Nie miałam telefonu, pieniędzy ani nawet ubrania. Biegłam na bosaka po schodach, starając się nie przewrócić. Jeszcze tylko kilka pięter i miałam szansę być bezpieczna. Próbowałam nie robić hałasu. Nie słyszałam, żeby ktokolwiek mnie gonił, ale wolałam nie zdradzać swojego położenia. Bałam się tylko tego, że Tristan mógł skorzystać z windy i być na dole przede mną.

Kiedy stanęłam przed drzwiami, prowadzącymi do głównego foyer, dałam sobie dokładnie pięć sekund na wyrównanie oddechu. Możliwie najciszej nacisnęłam klamkę i powoli rozejrzałam po ciemnym pomieszczeniu. Główne wejście było przeszklone, więc światła z ulicy nieco rozświetlały otoczenie. Miałam do przejścia kilkanaście metrów. Nikogo nie widziałam. Biegnąc na palcach, dotarłam do celu. Chwyciłam za klamkę i… nic. Szarpnęłam mocniej, nie wierząc we własnego pecha. Drzwi były zamknięte. Czułam narastającą panikę i szloch, który powoli budował się w moim wnętrzu. Szarpnęłam ponownie, ale było to bezcelowe. Jak to możliwe, że nie było żadnej ochrony? Dlaczego nikt nie sprawdził, czy wszyscy opuścili budynek?

Nie było sensu stać na widoku. Jedynym rozwiązaniem było ukrycie się i przeczekanie. Bliźniaczki nie mogły mi pomóc, bo zapewne realizowały swoje fantazje seksualne z dwoma napakowanymi Włochami. Tymczasem ja z trzecim walczyłam o życie.

Odwróciłam się, żeby poszukać kryjówki, i stanęłam oko w oko z Tristanem. Był praktycznie ubrany, leniwie dopinał mankiety koszuli. W tym samym czasie patrzył na mnie z trudnym do odgadnięcia wyrazem twarzy. Wydawał mi się większy niż za pierwszym razem, ale może dlatego, że srałam po nogach ze strachu. Podszedł parę kroków. Teraz dzieliło nas nie więcej niż trzy metry. Przycisnęłam plecy do drzwi, modląc się, żeby ktoś nas zauważył. Mogłabym wtedy krzyczeć o pomoc, pokazać, że dzieje się coś złego. Rozejrzałam się na boki, próbując ocenić, w którą stronę najlepiej uciekać.

— Nie robiłbym tego na twoim miejscu.

Głęboki głos Tristana poniósł się niedużym echem po foyer. Skrzyżowałam z nim spojrzenie, nie pytając, o co mu chodziło. Wiedział, że chciałam uciekać. Do takiej konkluzji nie trzeba geniusza.

Oddychałam głęboko, czując strach i adrenalinę. Kiedyś często zastanawiałam się, jak i kiedy umrę. W żadnej z moich wizji nie było absurdalnie przystojnego Włocha. Najwyraźniej miałam zbyt ubogą wyobraźnię.

— Czego chcesz? — zapytałam ochrypniętym głosem. Podtapianie wodą z basenu wpłynęło na kondycję moich strun głosowych.

Skończył zapinać mankiety i splótł ramiona na klatce piersiowej. W ten sposób wyeksponował mięśnie, które napięły się pod materiałem koszuli. Nie odrywał ode mnie wzroku. Unieruchomił mnie w miejscu samym spojrzeniem.

— Nie podobała ci się nasza wspólna kąpiel? — zapytał matowym głosem.

W innych okolicznościach pytanie miałoby podtekst seksualny. Nie nazwałabym jednak prób utopienia mnie kąpielą.

— To nie jest śmieszne.

Uniósł nieznacznie brew jakby nie rozumiał mojego wzburzenia.

— Zalałaś mój klub. Wydawało mi się, że lubisz wodę.

Pokręciłam głową, nie wierząc w to, co usłyszałam. 

— Jesteś chorym pojebem.

Tristan uśmiechnął się szeroko, ale nie było w tym cienia wesołości.

— Och, bella. Nie masz pojęcia.

Nie chciałam znać rozwinięcia tej myśli. Spodziewałam się po tym człowieku samych najgorszych rzeczy. Próby logicznego wytłumaczenia, że zaszło nieporozumienie, za które bardzo mi przykro, byłyby bez sensu. Raz, że wcale nie żałowałam zalania klubu, a dwa, że miałam niejasne wrażenie, że z tym człowiekiem nie dało się dyskutować.

Nie pokazując zamiarów, rzuciłam się do ucieczki. Pobiegłam w kierunku klatki schodowej, z której wcześniej wyszłam. To było jedyne znane mi tutaj miejsce. Tylko tu miałam pewność, że drzwi były otwarte i w jakiś sposób uda mi się odwlec nieuniknione. Zanim jednak do nich dobiegłam, drogę zatarasował mi mężczyzna z klubu. Uśmiechnął się szeroko i rozłożył ramiona w powitalnym geście. W ostatniej chwili wyhamowałam, żeby nie wpaść w jego łapska.

Ciao, Amy. Gdzie tak pędzisz? — Stefano był mocno rozbawiony swoim żartem.

Rozejrzałam się w popłochu, na oślep obierając nową drogę ucieczki. Było mi zimno, bo biegałam w mokrym kostiumie i na bosaka. Trzęsłam się też ze strachu, czułam, że drętwieją mi mięśnie. Rzuciłam się w prawo, ale jak spod ziemi wyrósł tam jeden z ludzi Tristana. Próbowałam w przeciwnym kierunku, ale sytuacja się powtórzyła. Odwróciłam się za siebie i ponownie stałam przed moim oprawcą. Otoczyli mnie. Nie miałam dokąd uciekać. Byłam zdana na ich łaskę. Mogłam jedynie błagać o litość, ale nawet w obliczu zagrożenia nie potrafiłam się na to zdobyć.

— Czego chcesz? — zapytałam ponownie, rozglądając się nerwowo i mierząc z zuchwałymi spojrzeniami Włochów.

Tristan podszedł na wyciągnięcie ręki. Praktycznie czułam bijące od niego ciepło. Nie odsunęłam się, nie miałam dokąd pójść. Wyciągnął dłoń i schował mokre pasemko moich włosów za ucho. Skinął na kogoś za moimi plecami. Nie sprawdzałam, na kogo i po co. Bałam się odwrócić od niego wzrok. Mimo to podskoczyłam, kiedy poczułam ręcznik na plecach. Przez ten ruch prawie wpadłam na Tristana, który wydawał się całkowicie nieporuszony. Cofnęłam się, zawijając się szczelnie ręcznikiem. Ten jeden miły gest nie zamydlił mi oczu. Nadal spodziewałam się najgorszego.

— Poproś.

Zmarszczyłam brwi, nie rozumiejąc, o co mu chodziło. O co miałam prosić?

— Poproś, żebym nie robił ci krzywdy — powiedział jakby mówił o pogodzie.

Zacisnęłam usta i ponownie rozejrzałam się dookoła. Nic się nie zmieniło. Nadal byłam w patowej sytuacji. Być może słuchanie jego bzdur było moim kluczem do wolności, ale coś we mnie nie pozwalało ulec.

Nieoczekiwanie Tristan złapał mnie jedną dłonią za gardło i ścisnął tak, że zaczynało brakować mi powietrza. Puściłam ręcznik i próbowałam się wyswobodzić. Chciałam oderwać jego palce od mojej szyi, zaczęłam go drapać, ale nic to nie dawało. Ruszył przed siebie, popychając mnie, dopóki nie zostałam dociśnięta do ściany. Musiałam stanąć na palcach, żeby zminimalizować uczucie duszenia się.

— Powiedziałem: poproś — warknął przez zaciśnięte zęby.

Po raz pierwszy zobaczyłam u niego przebłysk intensywniejszych emocji i nie spodobało mi się to. Był zły, jeszcze nie wściekły, ale powoli zbliżający się do granicy. Łapałam gwałtownie powietrze, ale zdołałam wykrztusić:

— Proszę.

Nic to nie dało. Tristan zmrużył oczy i, o ile to możliwe, mocniej docisnął mnie do zimnej ściany.

— Nie starasz się — mruknął.

Pewnie dlatego, że mnie dusisz, palancie. Nie byłam w stanie wykrztusić słowa. Chciał, żebym mówiła, miażdżąc w tym samym czasie moją krtań.

— Proszę! — Spróbowałam głośniej, ale zabrzmiało to jak szczeknięcie.

Mężczyzna puścił moją szyję i zrobił nieznaczny krok wstecz. Upadłam na kolana, krztusząc się i dusząc, rozcierając obolałe miejsce. Każdy głębszy wdech brzmiał jak niezdrowy świst. Tristan ukucnął koło mnie, podając mi butelkę z wodą. Popatrzyłam na nią i odruchowo machnęłam ręką, posyłając napój kilka metrów dalej. W odpowiedzi złapał mnie za włosy i podciągnął do góry. Krzyknęłam z bólu. Odruch nakazywał próbować uwolnić włosy, ale zdrowy rozsądek kazał atakować oprawcę. Zaczęłam na ślepo uderzać i kopać, jednocześnie czując palący ból skóry głowy. Wyrywał mi żywcem pukiel włosów, skalpował mnie. Tristan zamachnął się i spoliczkował mnie wierzchem dłoni. Impet uderzenia nie był duży; na tyle, żeby mnie uspokoić. Jednak odczułam go wielokrotnie boleśniej. Nigdy żaden mężczyzna nie podniósł na mnie ręki. Czułam się zbrukana. Szarpnął za moje włosy tak, że uderzyłam tyłem głowy o ścianę. Zamroczyło mnie.

— Jesteś wyjątkowo nieposłuszną suką. A nieposłuszne suki trzeba karać. Pokazać im, gdzie jest ich miejsce.

Naprawdę aż tak mu podpadłam? Zalanie klubu było warte tyle, co moje życie? Dlaczego mi to robił?

— Dlaczego? — wymamrotałam, czując, że zaczynam odpływać. — Dlaczego mi to robisz?

Tristan zbliżył się tak, że omiótł mnie jego uzależniający zapach. Z delikatnością, która nie pasowała do jego dotychczasowych czynów, pogłaskał mnie po policzku i powiedział:

— Bo mogę.