Książę Mafii,  Wattpad

KM — Prolog

Wydaje ci się, że to kolejne opowiadanie o grzecznej dziewczynce, która pokochała niegrzecznego chłopca?

„Książę Mafii” — co to w ogóle za tytuł?

Nie jestem grzeczną dziewczynką, chociaż do niedawna też tak myślałam.

Wydaje ci się, że wszystko już było? Wszystko jest oczywiste, oklepane, niczym nie zaskakuje? 

Schemat goni schemat, wątki się powielają, a każda osoba jest kalką innego bohatera? 

Mówimy o liceum: w dużej mierze obowiązuje tutaj zasada ataku klonów. Nie dziwi zatem twój sceptycyzm.

Wydaje ci się, że takie historie już nie wzbudzają emocji? Nie wzbudzają nic poza rozczarowaniem, niesmakiem i chęcią kliknięcia czerwonego krzyżyka? Ileż razy można wałkować to samo?

Pełna zgoda.

Masz rację.

Wydaje ci się.

Chociaż wiele bym dała, żeby racja była po twojej stronie.

Życzyłabym sobie być zwykłą nastolatką z typowymi problemami, której życie bywa chwilami bezboleśnie nudne.

Widzisz, ta historia jest taka sama jak setki innych, a jednocześnie bardzo się od nich różni.

Mam na imię Lilianah, ale wszyscy mówią na mnie Ava. 

Dlaczego? 

Bo tak chciałam. 

Mam swoje powody. 

Lubię to imię. W odróżnieniu od prawdziwego, daje mi poczucie bezpieczeństwa. Sama je wybrałam, określa moją tożsamość, stwarza poczucie władzy i stabilności. Daje wrażenie, że dzięki temu mam kontrolę nad własnym życiem. To ja zdecydowałam, w jaki sposób ludzie mają się do mnie zwracać. Nie jestem czyjąś kopią, nie zapycham żadnej dziury, nie kompensuję braków. 

Ja — Ava — mogę być sobą. Teoretycznie.

Mam szesnaście lat, niedługo siedemnaście, i przede mną jeszcze dwa lata liceum. Dwa, bo ten rok szkolny dopiero się zaczyna.

Skoro tu jesteś to znaczy, że chcesz poznać moją historię. Najprawdopodobniej przywiała cię ciekawość; może gdzieś ktoś rzucił hasło, że warto mnie poznać.

To zabrzmi pompatycznie, ale ciekawość to naprawdę pierwszy stopień do Piekła. Nie wierz tym, którzy pieprzą coś o wiedzy.

Ciekawość była jednym z tych uczuć, które tworzyły drogowskaz do mojej własnej zagłady. Tyle tylko, że wtedy nie miałam o tym pojęcia. To byłoby zbyt proste. 

Nie wiedziałam, dokąd zmierzałam, szłam na oślep; nie wiedziałam, gdzie dojdę. Gdybym wiedziała, zapewne obrałabym inny kierunek. Uznałabym, że czasem naprawdę lepiej żyć w niewiedzy.

Opowiedzieć ci moją historię?

O tym jak przeprowadziłam się do innego miasta i wszystko zaczynałam od nowa?

O tym jak pozory mylą? 

O tym, że schemat nie musi być oczywisty?

O tym, że popularny chłopak chodzi z popularną dziewczyną, nerdy nerdują, emo „emują”, a sportowcy pakują?

To wszystko już było, prawda?

Prawda.

nieprawda.

Usiądź wygodnie i daj mi trochę swojego czasu. Istnieje spora szansa, że zatrzymam cię tutaj na dłużej.

🔸🔸🔸

Zacznijmy od podobieństw.

To fakt, że przeprowadziłam się z innego miasta i muszę zaczynać od nowa. Tyle, że wcale nie mam na to ochoty. 

W moim poprzednim liceum byłam szkolną gwiazdą. To mnie wybierano na królową balu, to ja przewodniczyłam najważniejszym komitetom, prowadziłam drużynę cheerleaderek i miałam najlepsze oceny. To mnie swatano z kapitanem drużyny futbolowej, ale nic z tego nie wyszło, bo zakochał się w kimś innym.

Bycie szkolną gwiazdą to praca na cały etat. Nie chodziło o to, żeby być suką. Musiałam mieć taktykę. 

Moja była całkiem prosta: suczyć wśród suk, nerdować wśród nerdów, wzdychać wśród emo, zakuwać wśród kujonów i gimnastykować się wśród sportowców. Podsumowując: wchodzić w tyłek, komu tylko się dało.

Nigdy nikogo nie krytykowałam, zawsze wszystkich wspierałam. Jakoś tak wyszło, że dzięki mnie nasze liceum było najbardziej zgraną szkołą w okolicy. To nie była duża placówka. Wszyscy się znali. Panowała pełna zgoda, pełna asymilacja. Wszystkie grupy społeczne funkcjonowały w określonym porządku, każda w swoim ekosystemie, bez naruszeń i nadużyć wobec pozostałych. Nauczyciele mnie uwielbiali, a dyrektor mi się oświadczył, ale potem do niego dotarło, że był za stary.

Brzmi nieźle, prawda?

Brzmi jak bajka, ale to był koszmar.

Koszmar, w którym spośród wszystkich ludzi na świecie możesz być każdym, ale nie sobą. Nie mogłam być sobą. Gdybym była, wszystko by się posypało. Coś kosztem czegoś — symbioza liceum kosztem mojej tożsamości.

Ostatecznie byłam żałośnie nijaka.

Teraz pewnie zastanawiasz się, po co mi to było. 

Z perspektywy czasu tamto życie nie wydaje się takie najgorsze.

Częściowo kierowała mną próżność, trochę zabawa, trochę potrzeba podniesienia własnej wartości, trochę wygoda. Powodów było mnóstwo. Wiem, że gdybym teraz wróciła do tamtego liceum, nosiliby mnie na rękach.

Bycie szkolną gwiazdą to samotność pośród tłumu. Niby wszyscy cię uwielbiają, niby każdy łaknie twojej atencji, aprobaty, niby chce naśladować, ale nie na tyle by zająć twoje miejsce. To trochę jak w „Spidermanie”: z wielką mocą wiąże się wielka odpowiedzialność. I oni doskonale o tym wiedzieli. 

Nie było miejsca na błędy, na powinięcie się nogi, na kierowanie się emocjami. Wszyscy patrzyli na każdy mój krok, nieustannie oceniali, w tym samym czasie klepiąc po plecach. 

Jednocześnie nie było nawet jednej osoby, która mogłaby posłuchać jak bardzo do dupy bywa rola szkolnej miss. Jak bardzo mogło się nie chcieć; jak bardzo uwierała świadomość, że skoro osiągnęło się tak wiele, skoro znaczy się tak wiele, to rzucenie tego w cholerę byłoby zaprzepaszczeniem wszystkich starań, oddania i ciężkiej pracy.

Nie było przyjaciół.

Przeprowadzka do innego miasta była najlepszym rozwiązaniem. Mogłam zachować twarz, pozycję i zdrowie psychiczne. Potrzebowałam zmian i zanosiło się na to, że takowe nadejdą.

Miało być pięknie.

Nie brakowało mi splendoru wielkiej Avy Goldberg. W nowym miejscu miałam szansę na bycie sobą. Tą prawdziwą Avą, która sypiała do południa, chodziła w rozciągniętych dresach, nienawidziła matematyki i piła za dużo gorącej czekolady. Tą Avą, która się myliła, popełniała błędy, zdarzało jej się potknąć. Tą Avą, która czasem zakładała dwie różne skarpetki, nie widziała nawet jednego odcinka „Gry o Tron” i nie rozumiała fenomenu Ryana Goslinga. 

Pełna anonimowość, pełna wolność, pełne zadowolenie.

Tak.

Miało być pięknie.

Tyle tylko, że to moje życie, więc nie mogło być tak łatwo.

Już pierwszego dnia naraziłam się lokalnej szkolnej gwieździe.

Nie chodzi o liderkę drużyny cheerleaderek czy o królową balu.

Chodzi o niego

To zawsze musi być jakiś on.

Tu: Samuel Weston.

Zanim opowiem ci, w jaki sposób w ciągu jednej chwili straciłam szansę na jakąkolwiek anonimowość, przejdę do różnic — różnic w tej historii o liceum względem innych o tej samej tematyce.

Są banalne, ale są.

Przede wszystkim wiem, że jestem ładna. 

Ha! Ależ to zabrzmiało! 

Wiem, że podobam się chłopakom. Moja poprzednia szkoła utwierdziła mnie w przekonaniu, że niezła ze mnie dupa.

Mentalny facepalm.

To brzmi coraz gorzej, serio. 

Powiedzmy, że nie muszę tworzyć twarzy na nowo kosmetykami drogeryjnymi, żeby chłopak chciał umówić się ze mną na randkę. 

Mam niezłą figurę, chociaż nie jestem zbyt wysoka. Dbam o włosy, dbam o paznokcie, regularnie odwiedzam dentystę. Wbrew pozorom diabeł tkwi w szczegółach. Każda z nas jest piękna, jeśli tylko umie o siebie zadbać i podkreślić swoje atuty.

Na dodatek wiem, że nie jestem głupia. Nie lubię się uczyć, ale też niespecjalnie muszę, bo całkiem szybko przyswajam nowy materiał.

Krótko mówiąc: ładna, mądra, bez kompleksów, do tego całkiem zamożna. W historiach o liceum któryś z tych punktów zwykle kuleje. U mnie wszystko gra i buczy.

Kolejna różnica? 

W moim nowym liceum królowa balu i liderka drużyny cheerleaderek to dwie różne dziewczyny. Muszę dodać, że to dwie różne i bardzo fajne dziewczyny. Są skupione na swoich zajęciach i nie zadzierają nosa. Kapitan drużyny futbolowej umawia się z królową balu. Za to przewodniczący szkolnego koła naukowego, nerd nad nerdami, spotyka się z liderką cheerleaderek. W tym liceum zgoda radziła sobie świetnie bez ofiar w ludziach. Mówiąc inaczej: tu nikt nie poświęcił własnej tożsamości, żeby wszystkich zbratać.

Tak teraz myślę, że ciężkie czasy wymagają trudnych decyzji. Być może cała szkoła była zgrana, bo mierzyła się z kimś pokroju Samuela Westona.

No właśnie: ostatnia różnica to on.

O ile były tu grupy — sportowcy, emo goth, cheerleaderki, królowe balu, nerdy, i tak dalej — o tyle Samuel… On był ponad ich wszystkich, nie w dobrym tego znaczeniu.

Samuel Weston to chodzący seks. Ludzie tak twierdzili, tak się przyjęło.

Samym spojrzeniem potrafił sprawić, że dziewczyny błagały o orgazm, a część dochodziła nim zdążyła poprosić.

Był przystojny, seksowny, pewny siebie, świetnie się uczył, był diabelnie bogaty, pozbawiony skrupułów i… wszyscy się go bali. Dyrektor, nauczyciele, uczniowie, nawet woźna — literalnie wszyscy trzęśli portkami.

Samuel nie był klasycznym „złym chłopcem”. Nie przypominam sobie, żeby ktokolwiek odważył się publicznie go tak określić.

Dziewczyny się go bały, ale wzdychały do jego zdjęć. 

Chłopaki się go bali, ale w gruncie rzeczy im imponował. 

Był przystojny, jeśli brać pod uwagę jakieś ogólne kanony piękna. Niemniej totalnie nie w moim guście, więc naszą relację poczytuję za ironię losu stulecia.

Dodatkowo ubierał się absurdalnie elegancko, miał nieograniczony budżet na wszystko i był wybitnym uczniem.

To teraz pytanie: w czym rzecz? Gdzie była skaza na idealnej buźce idealnego Samuela?

Nic takiego, szczegół taki.

Samuel to syn lokalnego capo di tutti capi

Nieźle, co?

Blake Weston, ojciec Samuela, był królem mafii, jakkolwiek tandetnie mogło to brzmieć. Chociaż z czasem go znienawidziłam, należało przyznać, że nadawał się do tej roboty.

Lokalny szef wszystkich szefów, phi. Kto by się przejmował, że miał pod sobą prawie cały dystrykt Los Angeles? Całe pieprzone Los Angeles! Kawałek Kalifornii na własność! Cztery miliony dusz. Miasto Upadłych Aniołów, pełne pustych ludzi, ich naiwnych marzeń i wyidealizowanych wizji świata, przekonanych, że urodzili się w raju, byli narodem wybranym i wszystko im się należy, najlepiej podane na złotej tacy. Dużo później, kiedy moja relacja z Samuelem zaczęła się zacieśniać, łatwiej było zrozumieć, dlaczego kontrolowanie LA nie stanowiło większego wyzwania.

Monarchia absolutna, ot co. A jak monarchia, to i Książę.

Też sądziłam, że to niemożliwe; że takie rzeczy mają miejsce jedynie w kiepskich serialach kryminalnych. Kiedy jednak dostałam z liścia od życia, dość szybko otrzeźwiałam i pojęłam, że świat budują bardzo konkretne, zhierarchizowane struktury, o istnieniu których lepiej nie wiedzieć. Ten, kto wyszedł przed szereg i liznął nieco prawdy, już nigdy nie zaznał spokojnego snu. Należałam do tej grupy. 

Przestało brzmieć niewiarygodnie, kiedy słyszałam o kolejnych egzekucjach, zaginięciach, eksplozjach, przepchnięciu niewygodnych ustaw, dziwnych kradzieżach, wypadkach, podejrzanych naradach lokalnego samorządu. Blake Weston maczał palce we wszystkim i był nietykalny. A Samuel miał przejąć jego spuściznę.

To teraz chyba wypada wyjaśnić, w jaki sposób parszywy los splótł nasze ścieżki. Co miał Książę Mafii do anonimowej Avy Goldberg?

Bardzo wiele, ale o tym później.

Skupmy się na tym, że zaczęło się niewinnie.

Uwaga.

Werble.

Otóż… 

Zaparkowałam na jego miejscu.

Tadam!

Tak. 

Tak!

Właśnie. 

Tylko tyle i aż tyle.

To jest moment, w którym możesz prychnąć z niedowierzaniem i przewrócić oczami. Ja bym tak zrobiła.

Przez pierwszy tydzień szkoły nikt mnie nie uświadomił, że parkowałam na miejscu Westona. Jego nie było, parkingi nie są oznakowane, uznałam, że mi wolno. 

A potem wszystko się zmieniło.

I całe moje życie trafił szlag.