365 dni czy warto?
Oh my book!

Blanka Lipińska „365 dni” — recenzja książki

Do przeczytania tej książki skłoniły mnie skrajnie negatywne opinie oraz… Michele Morrone. Napisanie recenzji „365 dni” to większe poświęcenie.

„365 dni” Blanki Lipińskiej

To nie będzie typowa recenzja. Mam w głowie kilka oderwanych od siebie refleksji, które zapisałam w formie osobnych akapitów. Docelowo stworzą spójną całość, ale na ten moment tak było mi łatwiej.

Lecimy.

Moja wersja książki to e-book. Wyłapałam sporo błędów w korekcie i redakcji tekstu. Nie doczytałam, kto się tym zajmował, ale całość nieznacznie utrudniała płynność przyswajania treści. Jest dużo mowy potocznej i wulgaryzmów, co nie powinno przeszkadzać, jeśli pamięta się o sklasyfikowaniu „365 dni” jako erotyka.

Próbę zrozumienia fabuły oraz całej struktury książki zaczęłam od wysłuchania tego, co Blanka miała na myśli. Moim zdaniem to uczciwe wobec autorki. Słyszałam anegdotę, że nawet w przypadku Wisławy Szymborskiej poloniści przez lata mylnie interpretowali jej teksty, narzucając swoje wersje kolejnym pokoleniom uczniów. O ile porównywanie tych dwóch pań jest bardzo nie na miejscu, o tyle uważam, że autor ma prawo wypowiedzieć się w obronie tego, co stworzył. Blanka powiedziała, że książkę napisała dla siebie; że nie jest to dzieło wybitne; że jeśli ktoś szuka literatury wysokich lotów to nie powinien sięgać po jej książki. Lojalnie uprzedziła, żeby nie spodziewać się cudów. To nie jest światowej klasy literatura, wpisująca się w kanon, stawiająca sobie pomnik trwalszy niż ze spiżu. To jak ubrania z sieciówki zestawione z high fashion. I to jest super — rozrywka dla mas, niegroźna, przyjemna, krótkotrwała.

Czy faktycznie wyszło tak źle?

To zależy.

Jeśli już jestem przy fantazjach Blanki to muszę dodać, że moim zdaniem zawarła w tej historii jakąś wewnętrzną tęsknotę, może potrzebę bycia z diabelnie bogatym, apodyktycznym i seksownym facetem — to nie byłoby takie złe, gdyby nie było nierealne. Całość brzmi jak kompleks biednej dziewczyny z małego miasta, która szuka drogi do raju poprzez portfel rozrzutnego samca. Opis bogactwa i beztroskiego podejścia do pieniędzy, ze szczegółowym opisem marek premium włącznie, przywodzi na myśl naiwne, mówione prostym językiem mrzonki i marzenia małych dziewczynek. Zabawa Barbie polegała zwykle na strojeniu lalek i wymyślaniu im lekkiego życia, obfitującego w pieniądze i luksusy. Blanka w pewnym sensie przeniosła to do realnego świata dorosłych kobiet — wyszło nieco groteskowo.

Wszystko dzieje się za szybko. Akcja przeskakuje w takim tempie, że brzmi bardziej jak relacja wydarzeń niż spójna fabuła. Nie ma sposobności na wczucie się w charakter postaci. Widać potencjał na stworzenie ciekawych bohaterów, ale nie został on wykorzystany. Gdyby zwolnić tempo, rozwinąć zapis emocji, zbudować background dla przeszłości i sposobu bycia bohaterów, dać czytelnikom szansę by ich poznali i zrozumieli, całość nadal byłaby naciągana, ale zyskałaby pierwiastek wiarygodności, większy współczynnik prawdopodobieństwa.

Mam taką refleksję, że kiedy byłam mała i wymyślałam sobie zabawy, w każdej z nich byłam bogata, żyłam w abstrakcyjnie beztroskich warunkach i miałam najpiękniejszego, najbogatszego i najniebezpieczniejszego faceta przy boku. Blanka to spisała i zrobiła z tego bestseller.

Pozwolę sobie postawić hipotezę, że Bestsellery Empiku wygrały głęboko zakorzenione, a następnie uzewnętrznione w książce Blanki, fantazje kobiet. Zwycięstwo nie ma wiele wspólnego z kunsztem i warsztatem autorki, ponieważ nie jest on zbyt wybitny. Co nie zmienia faktu, że wygrała i należą jej się gratulacje.

To może teraz kilka słów o bohaterach.

Massimo nie jest bohaterem pozytywnym. On nie umie kochać. Lubi kupować i posiadać, i takie też ma podejście do Laury. Nie buduje z nią więzi, nie tworzy relacji, kompensuje wszystko kartą kredytową i zakupami w luksusowych butikach. Prowincjonalna część osobowości Laury zachłystuje się wielkim światem do tego stopnia, że w zasadzie bezrefleksyjnie akceptuje morderstwa z ręki Massima. Z kolei on toleruje jej skrajne zachowania z przynajmniej dwóch powodów: sam jest niestabilny oraz przez lata zdążył związać się emocjonalnie ze swoim wyobrażeniem na temat Laury, dodatkowo wierząc, że w jakiś magiczny sposób ocaliła mu życie. Niemniej jego postępowanie pozostawia wiele do życzenia, ale lakoniczne wtrącenia na temat jego przeszłości nie dają jasnego obrazu i nie pozwalają zrozumieć kierujących nim pobudek. Jest złym donem sycylijskiej mafii, tyle wiadomo, ale nic to nie mówi o nim jako o człowieku. Ta łatka ma coś wyjaśniać, tyle że tak nie jest. Przynajmniej nie powinno być dla każdej trzeźwo myślącej kobiety.

Tu przechodzę do postaci Laury, która z trzeźwością ma niewiele wspólnego. Jeśli miałabym patrzeć na nią jak na alter ego Blanki — a wiele na to wskazuje — to podejrzewałbym problem z nadużywaniem alkoholu. Blania, serio, nie pij tyle. 

Spotkałam się z opinią, że Laura przedstawia zakrzywiony obraz polskiej kobiety, robiąc z niej pustą i wiecznie pijaną dziewuchę. Nie mogę się z tym zgodzić. Laura Biel nie jest odwzorowaniem typowej polskiej kobiety (nie wiem, czy jest coś takiego jak „typowa” Polka). To jest jakaś kobieta, która może mieć cechy, z którymi czytelniczki mogą, ale nie muszą się utożsamiać. Ewidentnie ma problem z alkoholem i pije go tak dużo, że nabawiłam się kaca, czytając o tym. Do tego ma problemy z sercem i wątpliwej jakości kodeks moralny. To, że lubi seks, nie powinno nikomu przeszkadzać.

Blanka napisała wyuzdany erotyk — 90% pozycji na liście bestsellerów New York Timesa od lat promuje takie właśnie tytuły. Czy w związku z tym przemoc w związkach wzrosła lub zmalała? Czy nagle wszystkie fanki erotyków dają się bić, gwałcić, poniżać? Czy w łóżku nie chodzi o to, żeby się nieco zeszmacić? Nie tylko po bożemu, ale na ostro, po bandzie, brudny seks to dobry seks? Ilość seksu, opis scen erotycznych i nadużywanie słowa „kutas” nie powinno nikogo ruszać, bo w książkach z gatunku dark erotic to chleb powszedni. Osoby wrażliwe na taki język i sposób kreowania rzeczywistości nie powinny tego czytać, bo nie znajdują się w grupie docelowej. To nie jest książka dla wszystkich.

Książka odniosła niekwestionowany sukces, dając autorce popularność, pieniądze i satysfakcję. Ma rzeszę oddanych fanek, które doceniają jej twórczość. Jako zwolenniczka wolnego rynku uważam, że to w porządku. Nikomu nie robi tym krzywdy. Czytelniczki mają swoje mózgi, potrafią ich używać i odróżniają fikcję literacką od prawdziwego życia. Pełne pogardy opinie o kreowaniu zakłamanego obrazu seksualnych relacji damsko-męskich, które mogą wpłynąć na młode pokolenie, są mocno przesadzone. Jeśli w tym kraju jest problem z edukacją seksualną to jedna trylogia Blanki Lipińskiej nie ma z tym nic wspólnego, serio. Nie popadajmy w skrajności.

Blanka Lipińska popełniła książkę, która wchodzi Polakom pod skórę. Porusza ich zaściankowy układ nerwowy, powodując całą gamę efektów ubocznych. Uwiera i mierzi. A najbardziej uwiera i mierzi jej sukces. W kraju, w którym seks jest tematem tabu, otwarte mówienie o rżnięciu i obciąganiu to proszenie się o kłopoty. Tymczasem autorka zrobiła z tej cytryny lemoniadę i nie można jej odmówić, że wyszło pysznie (w kontekście sukcesu, a nie poziomu książki).

Kilka dni temu miała miejsce premiera ekranizacji „365 dni”. Jestem autentycznie ciekawa, jak wyszło. Mam bujną wyobraźnię, ale nie potrafię zobrazować sobie w jaki sposób z tak przypadkowych, lakonicznych i ubogich scen udało się stworzyć prawie dwugodzinny film z jakąś spójną fabułą. Sposób prowadzenia wątków nie zostawił przestrzeni na zrobienie dobrej ekranizacji, a mimo wszystko ktoś się podjął. Do kina raczej nie pójdę, ale w domu chętnie obejrzę.

To może teraz wyjaśnię, dlaczego napisałam, że Michele Morrone nakłonił mnie do przeczytania książki. Od dnia premiery nie mogę się na niego napatrzeć. To mega ciacho, do tego pozytywny gość. Jeśli książkowy Massimo ma jakieś dobre cechy to na pewno jedną z nich jest wygląd, który do złudzenia przypomina Michele. Daję upust moim fantazjom i pozwalam sobie powzdychać do ładnego pana z telewizji, który nieświadomie nakłonił mnie do lektury. Michele, you’re damn hot (and cute).

Podsumujmy.

Koncepcja fabuły: przeznaczenie sprawia, że apodyktyczny, agresywny i zajebiście seksowny don sycylijskiej mafii, groźbą, szantażem i pieniędzmi zmusza nadużywającą alkoholu, kochającą seks i luksusy Polkę, do zamieszkania we Włoszech. Daje jej rok na zakochanie się w nim. Poszło szybciej, ale w sumie nie ma się co dziwić. Serio, w ogóle mnie to nie dziwi. W pewnym sensie to jeden z pozytywnych przekazów tej książki: życie daje ci nieoczekiwaną szansę, nie masz nic do stracenia, ryzykuj. Duś tę cytrynę i rób lemoniadę. Zachowawczość nie daje radości i satysfakcji. Jak to ujęła Laurel Thatcher Ulrich „Dobrze wychowane kobiety rzadko tworzą historię”. Mówiąc inaczej: grzeczne dziewczynki idą do nieba; niegrzeczne idą, gdzie chcą. Laura nie jest grzeczna, Massimo nie jest grzeczny, ich relacja jest toksyczna, ale przynajmniej coś się dzieje.

Bohaterowie: ciężko podsumować w kilku słowach. Massimo to apodyktyczny erotoman-sadysta, który załatwia sprawy siłą i pieniędzmi. O miłości wie niewiele, chociaż sam twierdzi inaczej. Z kolei Laura myśli, że jest „jakaś” — zaradna, konkretna, obeznana w tematach modowych — ale finalnie to wszystko składa się na jej „bylejakość”. Nadużywa alkoholu i ma chore serce, więc kiedy nie jest pijana to mdleje. Obydwoje lubią ostry seks i to jakoś spaja ich związek. Ich relacja nie jest zdrowa, od początku zbudowana na fatalnych fundamentach; nie dziwi zatem fakt, że to wszystko pier… z hukiem — ale nie w tej części.

Tytuł: w porządku. To warunek układu, który szantażem wymusza Massimo. Z czasem przestaje być istotny, bo po kilku tygodniach w raju Laura przestaje liczyć dni.

Okładka: ładny pan, ale nie pasuje do roli Massimo. Blanka zrobiłaby sobie dobrze, gdyby wydała reedycję książki z okładką filmową. Serio, Michele robi robotę.

Długość: książka nie jest długa, trzyma poziom innych pozycji z tego gatunku, ale mimo wszystko czytanie nie idzie zbyt lekko. Język potoczny, przeskakiwanie fabuły i same wątki sprawiają, że albo rzucisz to w cholerę po trzecim rozdziale, albo będziesz czytać trzy dni (tak jak ja) i jeszcze przed końcem poczujesz zmęczenie. Brak ciekawych plot twistów sprawia, że w pewnym momencie, pomimo ostrego seksu, wkrada się nuda i monotonia. Ileż można czytać o zakupach i seksie?

Ocena końcowa: 4/10 za Michele Morrone, który ma więcej wspólnego z filmem niż z książką, ale tak mi się spodobał, że nie mogę go nie docenić. Gratuluję Blance sukcesu, o którym większość autorek powieści romantyczno-erotycznych może tylko pomarzyć (w tym ja). Na naszym rodzimym rynku napisanie bestsellera nie jest proste, a zarobienie godnych pieniędzy to abstrakcja.

Czytałaś książkę? Widziałaś film? Daj znać w komentarzu!